Afera “schnapsgate”. Spirytusowe El Dorado i początek gangsterskich fortun

0
10660
fot. Transport ciężarowy, lata 90

Do powstania pierwszy wielkich fortun w kapitalistycznej Polsce przyczyniło się wiele czynników. Pomogły w tym z pewnością otwarcie granic, wolny rynek i swobodny przepływ towarów. Wśród importowanych produktów znalazł się jednak pewien towar, który szybciej niż inne wywindował kilku przedsiębiorców na szczyty listy najbogatszych Polaków. Jego dystrybucja przyczyniła się jednocześnie do znacznego rozwoju przestępczości w kraju, a z wielu drobnych dotychczas przestępców, zrobiła lokalnych bossów kryminalnego półświatka.  Mowa tu oczywiście o spirytusie, który na przełomie lat 80 i 90 wlewał się do Polski hektolitrami.

Zanim jednak zaczęto importować go nielegalnie, przez przekupione bramki na granicy, był czas kiedy w potężnych ilościach zwożono go do kraju zupełnie zgodnie z prawem. Doprowadził do tego m.in. Dominik Jastrzębski – minister współpracy gospodarczej z zagranicą, który pod koniec grudnia 1988 roku wprowadził ustawę znosząca koncesję na wwóz do kraju alkoholu przeznaczonego do celów niehandlowych. Jedyną opłatą jaka stała po stronie importujących było niewielkie cło. To co zdarzyło się później w wyniku wprowadzenia owego przepisu, okrzyknięto w prasie aferą Schnapsgate oraz aferą alkoholową.

Decyzją ministra osoby prywatne mogły wwieźć do kraju właściwie dowolną ilość alkoholu oświadczając jedynie iż jest on przeznaczony do użytku własnego. Minister Jastrzębski tłumaczył się później, że wprowadzając nowe rozporządzenie kierował się chęcią urynkowienia polskiej gospodarki. Jednak nieoficjalnie mówiło się jednak, że gdy ustawa była podpisywana, wtajemniczeni w całą sprawę już czekali z cysternami spirytusu pod zachodnią granicą.

Rozporządzenie o alkoholu na prywatny użytek bardzo szybko wycofano oraz zaczęto wprowadzać kolejne obostrzenia. Machina spirytusowego szlaku ruszyła już jednak na dobre i wystarczyło w prosty sposób wykorzystać liczne furtki prawne aby konturować import. Spirytusowe El Dorado trwało nieprzerwanie do lata 1990 roku. Już w marcu prezes Głównego Urzędu Ceł po analizie faktur dotyczących przewozu alkoholu, zaczął zauważać liczne nieprawidłowości. Przesłał więc osiemnaście z nich do Prezesa Zarządu Ceł w RFN z prośba o zbadanie. W połowie sierpnia otrzymał odpowiedź, z której wynikało, że aż 16 z nich jest sfałszowanych.

fot. MG 997

Wówczas pojawił się raport Najwyższej Izby Kontroli, informujący że budżet państwa na źle sformułowanych przepisach dotyczących importu alkoholu stracił około dwa biliony ówczesnych złotych czyli dzisiejsze dwa miliardy.

Natychmiast zwołano komisję śledczą do zbadania tej sprawy, na czele której stanął Włodzimierz Cimoszewicz. Okazało się, że dokładnych strat skarbu państwa nie da się już oszacować. Ustalono natomiast, że około 75 % faktur dokumentujących wwóz alkoholu do polski zostało wystawionych przez fikcyjne firmy-krzaki.

Komisja uznała, że wysoko postawieni urzędnicy odpowiedzialni za całą sytuację zawinili swoją „niekompetencją, lekceważeniem bądź wręcz nieświadomością własnych powinności”. Stwierdziła jednocześnie iż nie widzi podstaw aby oskarżyć urzędników o czerpanie prywatnych korzyści z wywołania afery alkoholowej. Uznano jednakże iż winnych całemu zajściu należy postawić przed Trybunałem Stanu.

O to kto powinien być w tej grupie długo trwały polityczne spory. Wielu oponowało za tym aby znalazł się w niej przede wszystkim Leszek Balcerowicz, minister finansów w latach 1989 – 1991. Finalnie w 1996 roku, przed trybunałem stanu, zwołanym po raz pierwszy od 1929 roku, stanęło pięć osób sprawujących swoje funkcje w rządach Rakowskiego i Mazowieckiego:

Minister współpracy gospodarczej z zagranicą Dominik Jastrzębski, minister finansów Andrzej Wróblewski, minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak, minister rynku wewnętrznego Aleksander Mackiewicz oraz były prezes Głównego Urzędu Ceł Jerzy Ćwiek. Wszystkich mężczyzn oskarżono o zaniechanie, bezczynność i niedopełnienie obowiązków. Tym samym Wróblewski, Jastrzębski, Ćwiek i Mackiewicz usłyszeli zarzuty złamania ustawy antyalkoholowej, ponieważ z tytułu sprawowanych swoich stanowisk zobowiązani byli ustawowo m.in. do działań zmierzających do ograniczenia spożycia napojów alkoholowych. Dodatkowo Jastrzębski został oskarżony o złamanie ustawy o urzędzie ministra współpracy gospodarczej z zagranicą, Czesław Kiszczak – o urzędzie ministra spraw wewnętrznych, a Ćwiek prawa celnego.

fot. Dominik Jastrzębski, PAP

Trybunał długo głowił nad tym jak określić rodzaj winy jaką należy obarczyć urzędników. Czy uchybień dokonano umyślnie, czy jednak nieświadomie. Uznano w końcu, że nie trzeba celowo łamać prawa aby naruszyć ustawy, a zasłanianie się pomyłkami i niedopatrzeniami nie zwalnia z odpowiedzialności.

18 czerwca 1997 roku uznano winę tylko dwóch oskarżonych –  Dominika Jastrzębskiego i Jerzego Ćwieka. Trybunał stanu ukarał ich pozbawieniem możliwości startowania w wyborach, zakazem zajmowania kierowniczych stanowisk oraz pełnienia odpowiedzialnych funkcji państwowych i społecznych przez pięć lat. Wróblewski, Kiszczak i Mackiewicz zostali uniewinnieni.

Jak łatwo wywnioskować, winni zalania Polski spirytusem z Zachodu nie zostali specjalnie dotkliwie ukarani. Warto też zauważyć, że poza stratami w budżecie państwa, afera alkoholowa wywołała jeszcze trudne do oszacowania starty społeczne. Jedną z nich był drastyczny wzrost przestępczości zorganizowanej. Import spirytusu i potężne przychody z nim związane sprawiły, że jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowe grupy przestępcze, które zabrały się za przemyt i handel.

W tym miejscu warto oddać głos samym gangsterom, przytaczając ich wypowiedzi dotyczące biznesu spirytusowego. O to co wywiadzie dla tygodnika Polityka, powiedział Leszek D. ps. Wańka jeden z liderów grupy pruszkowskiej:

– W 1989 roku otrzymałem od grupy, nazwijmy ich urzędników państwowych propozycję, że jest taka możliwość z tym spirytusem, tylko że oni tego nie zrobią, czy ja bym się tym nie zajął? – Byli to  funkcjonariusze tzw. służb. W zamian za to zażyczyli sobie odpowiedni procent od przemycanego spirytusu. “Dostaniesz kierunek, bierz towar z tego i z tego miejsca, nas nie interesuje, jak ty sobie to sprzedasz” – mówili.”

Sytuacja, o której mówi Leszek D., wskazuje jednoznacznie, że pewni urzędnicy oraz ludzie służb zaczęli rozglądać się za postaciami ze świata gangsterskiego, aby przy użyciu ich rąk, w tak zwanych białych rękawiczkach importować spirytus. Dawało im to bardzo komfortową sytuację, gdyż działając w cieniu i nie narażając się bezpośrednio na schwytanie mogli zbijać potężne majątki. To zjawisko, które przedstawia Wańka, czyli współpraca na linii  urzędnicy – gangsterzy wskazuje na działania o charakterze istotnie mafijnym. Z czasem jednak gangi nie chciały już pośredniczyć w tym biznesie i postanowiły zagarniać całe zyski tylko dla siebie. Zaczęto więc okradać działających już przemytników oraz na własną rękę organizować przemyt. Mówi o tym w swojej książce „Skarżyłem się grobowi” Andrzej Z. ps. Słowik inny z bossów Pruszkowa:

– Mógłbym podać kilka nazwisk powszechnie szanowanych biznesmenów, którzy potrafili przemycić do Polski kilkadziesiąt cystern spirytusu czy TIRów papierosów miesięcznie. Ale odpuśćmy sobie nazwiska, przynajmniej w mojej książce. Tak powstawały ich fortuny. I ja ich okradałem. Zabierałem im ich transporty. Nie mogli iść na policję, bo to co sami robili, było okradaniem państwa. Oni nie mieli skrupułów żeby okradać państwo. Zarobione nieuczciwie pieniądze lokowali w uczciwe interesy. Dzisiaj są szanowanymi obywatelami, a nawet niektórzy z nich senatorami i posłami o podwójnej moralności. Potrafili okradać państwo na wielkie pieniądze, w tak zwanych białych rękawiczkach.-  

fot. Henryk N. ps. Dziad., PAP

Zyski z handlu spirytusem wyliczył z kolei Henryk N. znany jako Dziad lider grupy ząbkowskiej przez media nazywany bossem mafii wołomińskiej. Swoje obliczenia opisał w  książce „Świat według Dziada”:

– „Jeden litr spirytusu marki Royal kosztował za granicą 1 dolara. W Polsce ci z „Góry” brali w sklepie około 70 zł za litr, a to było 7 dolarów. Rachunek jest prosty – na każdej butelce zarabiali 6 dolarów. Ładunek tira to 24 tysiące litrów. 24 tysiące razy 6 dolarów daje 144 tysiące dolarów zysku. Kiedy już chłopacy z miasta sobie policzyli, sami zaczęli sprowadzać spirytus Royal z zagranicy.” –

Henryk N. w swojej książce odniósł się również do samej afery alkoholowej i początków spirytusowego biznesu w Polsce:

– To byli ludzie z rządu i sejmowych ław, często znani politycy. To właśnie oni jako pierwsi zaczęli sprowadzać z zagranicy do państwowych sklepów spirytus Royal. To na tym niemieckim i holenderskim spirytusie utuczyli swoje olbrzymie majątki. Kto nie wierzy, jak wielkie to były pieniądze, niech wybierze się w Bieszczady i obejrzy latyfundium jednego z byłych ministrów handlu zagranicznego, którego ministrowanie przypadało akurat na okres słynnej afery alkoholowej. Czy może kupił połoninę ze swojej urzędniczej pensji? Spodziewam się, że ten człowiek, a także cała rzesza jemu podobnych , którzy w odpowiednim momencie otrzymali cynk z kompetentnych źródeł, codziennie modli się za zdrowie swojego dobroczyńcy, ministra finansów Leszka Balcerowicza. –

Z całej piątki postawionej przed Trybunałem Staniu obecnie żyją tylko dwie osoby –  Aleksander Mackiewicz oraz Andrzej Wróblewski.  Pierwszy z nich w 2011 roku został odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a drugi od 1991 roku jest Prezesem Zarządu Grupy Inwestycyjnej NYWIG S.A. oraz członkiem rad nadzorczych w wielu instytucjach, w tym w bankach i przedsiębiorstwach produkcyjnych.

źródło: Mafia PL


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here