„Wolałbym karę śmierci niż dożywocie” – Mafia PL w rozmowie z „Grekiem”

„Wolałbym karę śmierci niż dożywocie” – Mafia PL w rozmowie z „Grekiem”

fot.Natalia Twardy, Publicat S.A.

„Grek” to pseudonim Autora wymyślony na potrzeby książki. Kryjący się pod nim gangster kradł, oszukiwał, porywał ludzi, zlecał zabójstwa – każdy czuł przed nim respekt. Początek jego przestępczej kariery przypadł na lata dziewięćdziesiąte – czas drapieżnego polskiego kapitalizmu. „Grek” wspinał się po szczeblach gangsterskiej hierarchii, aż doszedł na szczyt. Pewne wydarzenia sprawiły jednak, że postanowił skończyć z dotychczasowym fachem i zacząć wszystko od nowa. Uczciwie.

 

 

„Grek” jest także autorem, jednej z najciekawszych książkowych pozycji ostatnich lat, traktującej o polskiej przestępczości zorganizowanej. „Byłem gangsterem” z definicji jest autobiografią, lecz czyta się ją niczym wciągający kryminał. Akcja, która zaczyna się na pierwszej stronie, utrzymuje tempo do ostatniego akapitu.

W rozmowie z Mafią PL, „Grek”, opowiada o lojalności, cechach lidera, gangsterach-celebrytach i kilku innych kwestiach, związanych z jego dawnym życiem. Oddajmy mu zatem głos.

 

Jak dziś, z perspektywy czasu, definiuje Pan takie pojęcia, jak lojalność, braterstwo czy zaufanie? Jak zmieniły się Pana definicje tych słów, w stosunku do tego, jak postrzegał je Pan na początku swojej przestępczej kariery?

 

Dzisiaj nie wierzę w przyjaźń ani nawet koleżeństwo. Pobyt w więzieniu dużo mnie nauczył. To, co usłyszałem z ust swoich byłych przyjaciół, kolegów czy wspólników w trakcie mojego procesu,  wyleczyło mnie z tych wszystkich gadek o lojalności, braterstwie i innych bzdetach. Zawsze byłem ostrożny, używając słowa przyjaźń, jednak kryminał wyleczył mnie całkowicie z ufności wobec ludzi, nawet co do własnej rodziny. Każdy, kto przeczytał moją książkę, wie, że kiedy siedziałem już w więzieniu, została przy mnie tylko moja mama. Mój najlepszy kolega Darek zeznawał przeciwko mnie w sądzie. Policjanci spisali taką wersję, jaką przedstawił podczas procesu. Nie wycofał swoich fałszywych zeznań przed sądem. Sumienie ruszyło go dopiero, gdy przyznałem się do winy. Wtedy okazało się, że jego kłamliwa historyjka jest nie warta funta kłaków. Nie miał wyjścia. Naturalnie nikt się tym nie zajął… Na podstawie takich zeznań można posadzić każdego. Na marginesie, Darek robił rozległe interesy, choćby w Warszawie i nikomu z tamtejszych gangsterów nie przeszkadzało to, że ich wspólas to konfident policyjny. Wówczas znany złodziej samochodów, dzisiaj jest alkoholikiem…Wie Pan jest takie przysłowie. Jak masz przyjaciela, to już jesteś bogatym człowiekiem…

 

Co stracił, a co zyskał „Grek”, zmieniając swoje życie i zrywając z przestępczością?

 

Nic nie straciłem, zrywając z gangsterką. Jestem wolnym człowiekiem, który chodzi i robi, co chce. Nikt, kto nie był w mojej sytuacji, tego nie zrozumie. Siedziałem na „enkach” ze świadomością, że już nigdy nie poczuję wolności, nie zobaczę rodziny, dzieci. Więzienie to najgorsza rzecz na świecie. Wolę jeść suchy chleb na wolności niż kawior w kryminale –czasami sobie zamawiałem…Wolałbym karę śmierci niż dożywocie. Gdyby taki wyrok zapadł, odebrałbym sobie życie na 100%. „Greka” już nie ma i nigdy nie będzie.

 fot.Natalia Twardy, Publicat S.A.

 

Czy po premierze książki, odezwały się do Pana osoby, które są jej zakamuflowanymi bohaterami? Czy miał Pan z tego powodu jakieś nieprzyjemności ? 

 

Całkowicie zerwałem kontakty z dawnymi pseudo-kolegami. Czasami któregoś spotkam, ale… dalej się dobrze napierdalam, dlatego nie chcą wchodzić mi w drogę. Wiem, że szeptają o mnie i mojej książce – tylko tyle mogą. Zapraszam ich do lektury drugiej części, to się dopiero naczytają. O książce ludzie mówią tylko dobrze…

 

Jakie są dalsze losy „Boksera”? Czym dziś się zajmuje ?

 

Z „Bokserem” nie utrzymuję kontaktu…W książce tego nie napisałem, ale był jednym z pierwszych, który nas sprzedał. Wiem, że chciał się ze mną spotkać, ale ja nie widzę takiej potrzeby. Słyszałem, co robi i jak żyje – plotki… Nic się nie zmienił, poza tym, że jest już stary.

 

Jakie jest Pana zdanie na temat gangsterów-celebrytów, którzy niby są skruszeni, a jednak chełpią się swoją przeszłością?

 

Nie ma gangsterów-celebrytów. Media robią z nich gwiazdy…Gdyby nie świadkowie koronni i tzw. 60-tki policja nie zrobiłaby nic. Problem w tym, że wielu z tych skruszonych po prostu kłamie na procesach. Bandyta to tak jak alkoholik czy narkoman – całe życie się nim jest…Czy są gangsterzy, którzy się zmienili na dobre? Ja taki jestem i znam wielu, którzy dali sobie spokój. Nie dlatego, że nagle staliśmy się innymi ludźmi, lecz dlatego, że boimy się odsiadki. Niech Pan zapyta tych, którzy się tak tym chełpią, co zrobili dla swoich ofiar i czy naprawili szkody, które wyrządzili innym. Jak to jest? Za pieniądze to i ten… się modli.

 fot.Natalia Twardy, Publicat S.A.

 

Jakiej, jednej rzeczy, w całej historii „Greka”, żałuje Pan najbardziej?

 

Dzisiaj żałuję wszystkiego, co było związane z „Grekiem” i jego życiem. Przez to straciłem wszystko i wszystkich.

 

Gdyby mógł Pan teraz spotkać 20-letniego „Greka” i przekazać mu jedną poradę/ostrzeżenie to, co by to było ?

 

Dałbym mu do przeczytania moją książkę i powiedział: Jak będziesz miał dużo szczęścia, to może skończysz tylko tak jak ja… Jeśli tego szczęścia nie będziesz miał, to pójdziesz do piachu lub dostaniesz dożywocie, kolego. Nie ma innej drogi.

 

Czy Pana zdaniem, dzisiejsza przestępczość zorganizowana, ma jeszcze cokolwiek wspólnego z tą, którą pamięta Pan z lat ’90 i początku dwutysięcznych ? 

 

Teraz grupy przestępcze nie mają nic wspólnego z tymi z lat 90.. Dzisiaj to zwykli chuligani, ale jest ich więcej… Pierwsze miejsce zajmują kibole, w całym kraju są ich tysiące. Tylko o takiej przestępczości możemy mówić. Oni rządzą i trzymają wszystko: burdele, dopalacze, narkotyki miękkie, twarde, tytoń, części samochodowe i kradzione auta. Oni lub powiązane z nimi mniejsze grupki  są wszędzie.

 

Czy w latach ’90 w przestępczym podziemiu istniała jakaś postać, którą do dziś darzy Pan szacunkiem czy nawet sympatią ?

 

Nie szanuję żadnego gangstera z tamtych lat, bo dzisiaj wiem, jak to wygląda i jacy to byli ludzie. Fałsz, obłuda i brak jakichkolwiek zasad. No może jedynie miło wspominam „Hydraulika”. Kurwa go mać, moje chłopaki…To oczywiście żart.

 fot.Natalia Twardy, Publicat S.A.

 

Jakie cechy osobowości pańskim zdaniem sprawiają, że jedna osoba staje się liderem, w czasie kiedy inne godzą się na podporządkowanie jej. Jeśli chodzi o w grupy przestępcze, nasuwa się odpowiedź, że rządzi po prostu najsilniejszy, jednak w opowieści „Greka” pojawia się niejaki „Hydraulik”, który nie jest ani silny, ani super-inteligentny, a jednak pewien posłuch posiadał. 

 

Żeby być liderem dużej, liczącej się, mocnej grupy, trzeba być przede wszystkim człowiekiem inteligentnym… Jeśli dojdzie do tego dobra walka na pięści i umiejętność zarabiania pieniędzy, to mamy kozaka lidera. Musi być też na swój sposób odważny. Taki był „Bokser”, taki byłem ja…Kiedyś w każdym mieście było kilka grup. Również takie małe, jak „Hydraulika”. On był idiotą i tylko tacy u niego w ekipie biegali. Pisało się o nim w gazetach, ponieważ jego półgłówki z ekipy potrafili zabić człowieka w dyskotece na oczach wielu osób, a potem po kilku miesiącach odkopać zwłoki i poćwiartować. Media zrobiły z niego gangstera, a ja i wielu innych mieliśmy go za debila z rudą grzywką. Siedziałem osiem lat w więzieniu, często jakiś więzień pokazywał mi, że pisali o nim w gazetach, że był gangsterem, bo wszedł do komisu z telefonami i zastrzelił sprzedawcę za 2 tysiące złotych. „Hydraulik” miał posłuch przez chwilę. Wszyscy jego ludzie – nawet mało rozgarnięci – szukali innych ekip. Ekipa „Boksera” to byli sportowcy, silni i w miarę normalni ludzi. Resztki nieudaczników, których nikt nie chciał przyjąć, szły do „Hydraulika”. Mówił tak niewyraźnie, że sam siebie nie rozumiał. Tylko dlatego nie został oficjalnie kapusiem w innych procesach, bo żaden policjant i prokurator nie mogli go zrozumieć. Proszę mi wierzyć. Dzięki mnie pierwszy raz w życiu, w więzieniu zjadł ciepły posiłek składający się z dwóch dań…zupy i drugiego dania. Dzięki mnie miał dach nad głową przez 15 lat i nawet był kajfusem i kucharzem  w zakładzie karnym. Nie wspomnę już o tym, że dostał za darmo porządne gumowe półbuty kadzienne… To na pewno nim wstrząsnęło. Nikt nigdy tak o niego nie dbał na wolności. Wiem, że wyszedł w tamtym roku i nie potrafi się odnaleźć – bidulek jeden. Tak na marginesie, bardzo chciałbym go spotkać.



 

Przebywał Pan od młodych lat w towarzystwie brutalnych, często prymitywnych ludzi. Czy nie brakowało Panu czasem relacji z osobami, z którymi można porozmawiać o czymś więcej niż lanie po mordzie, panienki i uliczne interesy? Nie miał Pan czasem poczucia, że marnuje życie w takim towarzystwie?

 

Wie Pan, nie wstydzę się tego. Pochodziłem z biednej robotniczej rodziny, jak większość moich kolegów z podwórka. Na dodatek w domu rządził ojciec alkoholik. Od najmłodszych lat człowiek musiał kombinować, żeby zjeść kawałek chleba – dosłownie. Gdzie ja miałem szukać tych wykształconych, mądrych? Byłem dzieckiem z tzw. marginesu społecznego. Naturalnie kiedy dorosłem i zostałem gangsterem, znałem tych z „elyyyty”…wykształconych i mądrych. W większości też byli przestępcami – większymi lub mniejszymi – ale w latach 90. każdy kombinował, żeby mieć na kolorowy telewizor. Nie miałem szans na lepsze życie… Mogłem tylko, jak mój brat, pracować za głodową pensję w fabryce. Wybrałem ulicę i bandytkę. Wtedy nie znałem innego, lepszego życia, ,a poza tym wtedy uważałem, że jestem szczęściarzem… Miałem wszystko, co tylko chciałem mieć. Znałem wiele prostytutek, które miały wyższe wykształcenie. W naszej ekipie również było kilka takich osób. Na przykład „Bokser” był  bardzo inteligentny, proszę mi wierzyć.

 

Czy brakuje Panu, któregoś z elementów życia dawnego „Greka”? Władzy, ulicznego respektu, szybkich przyjemności ?

 

Szczerze… brakuje mi pieniędzy, które miałem kiedyś i o które nawet nie musiałem się prosić. Same wpadały mi do kieszeni. Mimo to nie wrócę nigdy do bandytki…”Grek” to już przeszłość, z której na pewno nie jestem dumny. Cudem jest to drogi Panie, że jeszcze żyję. Po „Greku” pozostała  legenda… Zmarnowałem sobie i wielu niewinnym ludziom życie.

 fot.Natalia Twardy, Publicat S.A.

Czy planuje Pan kiedyś ujawnić swoją tożsamość? Na przykład przy pojawieniu się kolejnej książki ?

 

Jestem wdzięczny Wydawnictwu Dolnośląskiemu za to, że wydało moją książkę. Sam Pan wie, że jest to trudny rynek. Napisałem już drugą część… Jest mocna. Mam także kilka innych napisanych już książek. Może ktoś odważy się je wydać. Lubię pisać i będę to robił dalej choćby dla kilku znajomych, którzy są moimi pierwszymi recenzentami. Nie chcę ujawniać się tylko i wyłącznie dla dobra moich dzieci, które borykały się często zarówno w szkole, jak i wśród znajomych z moją złą sławą i nazwiskiem.

 

Dziękuję.

 

„Odłączyć się od Marka? Ja byłem szczęśliwy, że to był mój kolega i odbierał ode mnie telefon” – Rozmowa z „Czarnym”

„Odłączyć się od Marka? Ja byłem szczęśliwy, że to był mój kolega i odbierał ode mnie telefon” – Rozmowa z „Czarnym”

fot.Alfabet mafii/Prószyński i S-ka/2004

 

Rafał Ch. ps. „Czarny” urodził się w 1972 r. w Szczecinie. Po raz pierwszy został skazany już w wieku 18 lat za usiłowanie zabójstwa i groźby karalne. Po wyjściu z więzienia, pod koniec listopada 1992 r. zaczął handlować narkotykami. Przyłączył się również do grupy Marka M. ps. „Oczko”, uchodzącego później za rezydenta mafii pruszkowskiej w Szczecinie.

 

Bardzo szybko zrobił karierę jako organizator czarnego rynku narkotyków w Szczecinie. Mówi się, że zmonopolizował rynek głównie dzięki swojemu sprytowi i bezwzględności. Nikt w mieście nie mógł sprzedawać amfetaminy bez jego zgody.

1 kwietnia 1996 r., jako niespełna 24-latek, został aresztowany w nocy, w centrum Szczecina. Oskarżono go między innymi o założenie i kierowanie grupą przestępczą mającą na celu dystrybucję narkotyków, wprowadzenie do obrotu znacznej ilości amfetaminy, marihuany, haszyszu, tabletek ekstazy oraz LSD.

„Czarnego” swoimi zeznaniami zaczęli obciążać jego dotychczasowi koledzy, min. Artur R.„Tuła” i Paweł Cz. „Piguła”.

„Czarny” największe pretensje miał jednak do Marka M. ps. „Oczko”, dla którego do niedawna był w stanie zrobić niemal wszystko. Nie rozumiał, jak jego boss mógł pozwolić, by inni świadkowie bezkarnie przeciw niemu zeznawali, gdy ten lojalnie milczał. Mimo iż przez ponad rok nie wydał nikogo z grupy, nie otrzymał żadnej pomocy – nie wynajęto mu adwokata, nie otoczono opieką jego rodziny, ani nie wysłano do aresztu żadnej paczki. Czarny poczuł się opuszczony przez Oczkę i jego zastępców.

Kiedy Rafał Ch. dowiedział się, że został dodatkowo okradziony przez swoich współpracowników, zażądał od Oczki 500 tysięcy marek za milczenie. Ku jego zaskoczeniu, były szef., uchodzący w półświatku za charakternego gangstera, zdecydował się pójść na skargę na Komendę Wojewódzką Policji. „Czarny” przyznał, że w tym momencie stracił do Marka M. resztki szacunku i postanowił pogrążyć szczecińskiego bossa oraz jego ludzi.

W maju 1997 r. Czarny napisał list do prokuratury, w którym wyraził chęć złożenia obciążających grupę Marka M. zeznań. Po ponad roku milczenia – na rozprawach w czerwcu i lipcu tego samego roku – zdecydował się również na złożenie przed sądem wyjaśnień w swojej sprawie.

Jego zeznania doprowadziły do rozbicia struktur grupy przestępczej „Oczki” oraz skazania wielu gangsterów na długoletnie więzienie.

Rafał Ch. (dziś żyjący pod zmienionym nazwiskiem) zgodził się udzielić Mafii PL krótkiego wywiadu.

 

Jak Pan skomentuje to, że mimo pogrążenia jednej z największych para-mafijnych grup w Polsce, nie stała się Panu krzywda? Nie został Pan świadkiem koronnym, nikt Pana nie chronił, nie wyjechał Pan nawet ze Szczecina. Świadczyłoby to o tym, że gangsterzy wcale nie są tacy groźni jak postrzega ich społeczeństwo. Jednak całkiem niedawno pobity został Pana były współpracownik Marek D. „Duduś”, wcześniej pobito „Sylwka”. Powód pobicia jest oczywiście inny ale to z kolei świadczy, że jednak nie wszyscy ze „starej gwardii” mogą czuć się w Szczecinie bezpieczni.

 

„Jedna z największych para- mafijnych grup w Polsce”? Jeśli Pan liczy na moją chełpliwość, to jej zasoby wyczerpałem gdzieś w okolicach 40 urodzin. Ale dobrze Pan kombinuje.

Nic tak nie zniewala bandyty, jak dobrze skrojone pochlebstwo. Dlaczego sądzi Pan , że nikt mnie nie chroni? Jak każdego innego obywatela, chroni mnie polska policja. A przy okazji trzyma również za twarz. Abym nie zrobił krzywdy sobie lub innym.

Faktycznie, polskie struktury mafijne z lat 90,  w zakresie  odwetu  za zdradę procesową, nie wykazywały nigdy większych ambicji.  Już w pierwszej połowie lat 90 były okazje na pokazanie  swojej realnej siły w walce z  polskim wymiarem sprawiedliwości. Jednak  ówcześni liderzy  nigdy nie zeszli z trzepaka.  Co jak widać, wyszło wielu osobom na zdrowie.

Wymienił Pan tylko dwa z wielu nieprzyjemnych  incydentów, które spotkały moich byłych  wspólników.  Naturalnie poprawiają mi one humor, ale nie zaskakują.  To naturalna kolej rzeczy w środowisku kryminalistów.  Mechanizm jest dość prosty.

Świat przemocy mafijnej można podzielić na dwie ligi. Pierwsza, to miejsce dla morderców. Sprawców zaplanowanych i świadomych zbrodni. Druga, to właściwie pas startowy dla wszystkich innych wyznawców bożka przemocy.Dość łatwo osiągnąć tam pewien sukces w zakresie rozpoznawalności i wzbudzania lęku w środowisku przestępczym. Szczególnie dlatego, że fundamentem jest zwykła sprawność fizyczna i podstawowa brutalność.

Systematycznie, powiedzmy umownie, co kwartał z jakiejś siłowni wyskakują zawodnicy, którzy ogłaszają „miasto jest moje”. Jednym  udaje się osiągnąć nawet pewien sukces finansowy, inni padają już w zwarciu z dzielnicowym. Myślę, że to bardziej kwestia szczęścia niż przebiegłości.

Zawodnicy, którzy mają fart, dość szybko dochodzą do miejsca, w którym muszą się zdecydować. Albo wchodzą do pierwszej ligi ze wszystkimi tego ewentualnymi  konsekwencjami i korzyściami, albo odchodzą.

Jeśli nie odejdą, będą- najczęściej brutalnie- wypychani  przez następnych drapieżników, którzy będą  „na kursie wznoszącym” iteż mają na czole wytatuowane „miasto jest moje”. I tak  w kółko.


 

Czy zastanawiał się Pan kiedyś nad spisaniem swoich przeżyć? Pomijając nawet aspekt komercyjny, szkoda aby  historia „Czarnego” poszła w zapomnienie. Ludzie przecież się starzeją, z wiekiem zapominają wiele wydarzeń i często zabierają ciekawe historie do grobu.

 

Nigdy.  A każdy mój udział w kilku projektach medialnych, był  jedynie elementem rywalizacji propagandowej z moimi przeciwnikami.  Wszedłem w to, ponieważ  i tak załapałem się na „pociąg do Hollywood”. Jako pionek w świecie mediów,  nie miałem nic do powiedzenia. Osobiście wolałbym  bandycką anonimowość.

 

Jak Pan, którego sąd określił jako osobę ponadprzeciętnie inteligentną, radził sobie, obcując na co dzień z ludźmi, których nazywa się troglodytami ? Byli to przecież ludzie, dla których liczył się przede wszystkim kult siły, co z reszta później ich zgubiło.

 

Moja inteligencja to przerysowana informacja, charakterystyczna dla języka sądowo- medycznego. A z byłymi kolegami obcowało mi się dobrze.  Romans między nami rozsypał się po moim aresztowaniu, gdy nie spełniono moich oczekiwań w zakresie alimentów.

 

Kiedyś w rozmowie z Ewą Ornacką powiedział Pan, że znał się na broni, interesował prawem i praca policji. Był Pan więc przestępcą stworzonym nie tylko do rozwiązań siłowych ale miał też sporą wiedzę z zakresu kryminalistyki. Po pierwsze więc: Czy nie planował Pan, żeby odłączyć się od grupy „Oczki” i utworzyć swoją organizację, niekoniecznie w Szczecinie?  Po drugie, czy nie myślał Pan kiedyś o tym, że z takimi predyspozycjami w Neapolu czy Kalabrii, pańska kariera przestępcza potoczyłaby się dużo inaczej, zostałby Pan doceniony i zaszedł wysoko w mafijnych strukturach?

 

Właśnie dlatego, że rozwiązania siłowe należały do moich zadań interesowałem się pracą policji.Jeżeli coś ma przestępcę uchronić przed karą, to w dużej mierze właśnie wiedza z zakresu kryminalistyki.

Odłączyć się od Marka? Ja byłem szczęśliwy, że to był mój kolega i odbierał ode mnie telefon.

Dzięki niemu do naszego miasta zawitał ówczesny, wielki świat polskiej  zorganizowanej przestępczości. Wszyscy bez wyjątku, dzięki jego kontaktom towarzyskim, czerpali satysfakcję oraz budowali swój  bandycki prestiż w kraju. Dzień, w którym „Pershing”  kiwnął  mi ręką „cześć”, w hotelu „Radisson” w Szczecinie, to coś jak Boże Narodzenie latem. Poznanie Nikodema,  było jak pierwsze miejsce w „Tańcu z Gwiazdami”.  Wszystko dzięki min.Markowi. Owszem finansowo nie było fajerwerków. Ale jak na dwudziestolatka zarabiałem sporo dzięki własnym pomysłom.

/hotel Radisson w Szczecinie

Nie mam żadnych niespełnionych marzeń w zakresie prowadzenia działalności przestępczej, nawet w Kalabrii. Przyznaję, że ten element Pana pytania jest dość egzotyczny.

Szczególnie dlatego, iż mafijne życie jest bardzo brutalne. Przepełnione strachem oraz nieobliczalnością. Dlatego, żadna inteligencja czy nawet wykształcenie, niczego tam nie gwarantują.

Rozmawiamy o świecie, gdzie dwa plus dwa rzadko da nam cztery. Często człowiek dowiaduje się, że to nawet nie była lekcja matematyki.Życie na krawędzi ze świadomością zagrożenia fizycznego czy procesowego jest dość wyczerpujące. Dobrze wychodzi jedynie na zdjęciu czyli np. w filmie. Choć osobiście  lubiłem tamten okres.

 

Co czuje przestępca, który pogrążył wielu innych przestępców, gangsterów, ludzi teoretycznie bardzo niebezpiecznych? Był to dla Pana rodzaj ulgi, czy raczej duże obciążenie psychiczne związane z niebezpieczeństwem, jakie może Pana spotkać?

 

Sam pobyt w areszcie śledczym jest dużym obciążeniem psychicznym. Dylematu czy się rozpruć czy nie, nie miałem, bo to wszystko działo się  tuż przed nowelizacją kodeksu karnego.

Jednak najbardziej przybiła mnie świadomość, że siedziałem  na podstawie fałszywych zeznań (w większości).Człowiek stara się nie przechodzić na czerwonym świetle, gdy nie musi. A i tak zabierają mu prawo jazdy za zbyt szybką jazdę.

/”Czarny” w sądzie/zbiory własne

Zachowanie kolegów specjalnie mnie nie zaskoczyło. Choć fakt, że przejęli moje drobne tylko dlatego, że nie postrzegali mnie jako kapusia- przyzna Pan- jest poniżający.

Ale z tej więziennej depresji wyleczyła mnie myśl, że za chwilę ludzie, którzy powinni byli okazywać mi choć odrobinę wdzięczności za procesową lojalność, będą siedzieć obok mnie i- co najważniejsze- w wyniku moich działań. Tyle w skrócie.

Ulgę poczułem jedynie, gdy przestałem grypsować.  Udział w tej subkulturze obrażał moją inteligencję i  gorzej to znosiłem niż bycie głównym  kapusiem w ogólnokrajowym spektaklu.

 

Często mówił Pan o tym, że „Oczko” traktował ludzi jak swoją własność, gnębił i poniżał nawet bez żadnego powodu. Czy pamięta Pan, jakiś konkretny przykład takiego zachowania?

 

Pamiętam, ale nie mam siły już go obgadywać. Szczególnie dlatego, że Marek nie był wyjątkiem . Większość bossów, jako zdemoralizowani kryminaliści robili takie rzeczy. Mnie, dopóki nie zacząłem się stawiać siedząc w areszcie, nigdy nie obraził. Proszę pamiętać, iż działalność mafijna w głównej mierze polega na min.  gnębieniu i poniżaniu. Przemoc psychiczna czy fizyczna to fundament.  Umiejętność wywoływania strachu oraz gospodarowanie nim, to właśnie działalność mafijna.


 

W programach dotyczących „polskiej mafii”, gdy tylko pojawia się wątek Szczecina, przytaczana jest od razu historia, jak to „pruszków”, najechał na Szczecin aby wywieźć do lasu gościa, który stawia się „Oczce”. Potem zazwyczaj pojawia się „Masa”, który opowiada o kałasznikowach na barze  i o tym, że po tej interwencji już nikt do Marka M. nie podskakiwał. Czy może Pan opowiedzieć o tym wydarzeniu ze swojej perspektywy ? Czy człowiekiem, do którego przyjechali wtedy pruszkowscy był „Sylwek”? 



 

W tamtym okresie byłem jeszcze dość luźno z nimi związany. Umowny bunt wywołali starsi wiekiem szczecińscy bandyci, którzy pamiętali „Oczkę” jako jednego z nich.  Nie chcieli zaakceptować  Marka, jako lidera. Głównym spiskowcem był Sylwek i wymachujący na lewo i prawo pistoletem z tłumikiem Adam M. ps. „Brygadier”. Marek D. i Jacek P. „Ślepak” stanęli po ich stronie, bo „Oczko” wzbudzał w nich kompleksy. Dużo starszy, napakowany cwaniak z Żabiej, miał ich „golasów” za  życiowych frajerów. Tak więc gdy Sylwek, wieczny intrygant, wmówił im, że mafia to oni, koleżeńskie relacje z ulicy Żabiej i wieloletnie znajomości „z miasta”straciły na znaczeniu.Do Marka, który ukrywał się przed policją w Warszawie doszło, że mu ubliżają. Naturalnie pojawiła się też zapowiedź jego rychłej śmierci i inne charakterystyczne dla tego typu konfliktów przepowiednie.

/Marek M. „Oczko”(w okularach)Alfabet mafii/Prószyński i S-ka/2004

Nikt się nie spodziewał, że „Oczko”, poszukiwany listem gończym, przyjedzie do Szczecina. I do tego na czele całej wycieczki. Nie wiem, kto pierwszy „wypękał”, ale Jacek P., przywitał warszawiaków już w Pyrzycach, czyli 50 km od Szczecina i odciął się od reszty. Gdy wszyscy wchodzili do „Radissona”, to minęli się w drzwiach z Adamem M. „Brygadier” z miny Sylwka, wywnioskował, że kawiarniana gangsterka się skończyły i żadnej wojny nie będzie. D. przypomniał  Markowi wspólne lata na Żabiej. Poprosił o łaskę dla Sylwka. Ale że nikogo innego nie było do ukarania,  do lasu pojechał sponiewierany już w hotelu, przywódca rewolucjonistów, czyli Sylwek. Tam oprawcy go upokorzyli. Były opowieści, że go osikali, ale stawiam na to, że to plotka.  Upodlony Cheguevara kajał się przed Markiem tak długo, aż mu wybaczono.  Było tam mnóstwo ludzi plus kompania tajniaków z aparatem fotograficznym. Broń długa też była. Z odsieczą do hotelu pobiegł „Tuła” chyba sam albo z R., bo mnie nie było w domu.Ale na miejscu zrezygnował z walki. Uznał że on i jego pistolet to za mało.

 

Zrobiłem odcinki  „sylwetek polskich gangsterów” o praktycznie każdym większym mieście w Polsce. Przyznam, że przy odcinkach o Szczecinie, miałem świetne źródło informacji i uważam, że są po prostu najlepsze merytorycznie ze wszystkich. Żaden jednak odcinek dotyczący innego miasta, nie wywołał takiego zainteresowania i lawiny komentarzy jak te o Szczecinie. Czym tłumaczyć takie zainteresowanie przestępczością zorganizowaną w tym mieście ?

 

Myślę, że to zasługa Ewy Ornackiej. Zorganizowana przestępczość i jej zwalczanie przez nagłaśnianie min. we  „Wprost” uczyniły z niej dziennikarkę formatu krajowego, a ze Szczecina atrakcyjny temat.

 

Gdyby mógł Pan dziś powiedzieć coś „Czarnemu” sprzed dwudziestu lat, to co by to było ?

 

Nic, bo i tak nie posłucha.

 

Dziękuję.

 

Poniżej odcinek cyklu Sylwetki polskich gangsterów, w którym przedstawiona jest postać „Czarnego”.