Kraków – „Marchewa” i „Pyza”

Kraków – „Marchewa” i „Pyza”

Gangi działające w latach ’90  na terenie Krakowa, trudno porównywać do tych z Pruszkowa czy choćby Łodzi. Szczególnie pod względem zorganizowania, czy alternatywnych źródeł zdobywania gotówki, stolica małopolski mocno odstawała od największych w Polsce grup przestępczych.

 

O pierwszych zorganizowanych gangach w Krakowie zaczęto mówić dopiero w 1994 roku. Wtedy prokuratura wydała nakaz aresztowania czterech młodych ludzi, pracujących wcześniej jako ochroniarze w nocnych klubach, a potem trudniących się wymuszaniem okupów od właścicieli lokali gastronomicznych i sklepów. Do gangu trafili byli kulturyści oraz miłośnicy sztuk walki. Odwiedzali właścicieli sklepów, restauracji oraz barów, szczególnie w okolicach ul. Karmelickiej, pl. Szczepańskiego i ul. Długiej. Tych którzy nie chcieli płacić, przekonywano w brutalny sposób.

Gazety pisały że to gangi dyskotekowo-uliczne i ciężko się z tym nie zgodzić. Krakowscy gangsterzy swoje przychody czerpali z czysto kryminalnych przestępstw.  Handel narkotykami w dyskotekach i szkołach, haracze, wymuszenia, włamania, kradzieże samochodów czy kontrola agencji towarzyskich.

Próżno tez szukać wpływowych bossów, z pomysłami na legalizowanie interesów, takich jak Lutek z Wołomina czy pruszkowski Pershing.

Krakowskie podziemie miało jednak swoich szefów, a pierwszym z nich został urodzony 1965 roku Jacek M. ps. „Marchewa” . Pochodzący z Nowej Huty gangster przestępczą karierę zaczynał od drobnych kradzieży w latach ’80. W 1986 roku trafił do więzienia za włamania i podrabianie dokumentów. Po przemianie ustrojowej zajął się ochranianiem agencji towarzyskich i otoczył grupą „mięśniaków” która pilnowała aby nikt nie sprzeciwiał się szefowi.

Na początku lat ’90 Marchewa uważany był w Krakowie za bossa, niepodzielnie rządzącego lokalnym półświatkiem. Od zawsze towarzyszył mu młodszy o dwa lata, przyrodni brat Marek D.

W 1996 roku Marchewa został ponownie aresztowany. Sprawa dotyczyła bójki w skawińskiej restauracji Ajka. W jej wyniku zmarł jeden z ochroniarzy a drugi został ciężko pobity.

Według prokuratury 18 października tegoż roku do lokalu przyjechała kilkunastoosobowa grupa, z celem zaatakowania bramkarza Artura K. Jacek M. miał być jednym z napastników którzy przyczynili się do śmierci poszkodowanego.

Artur K. był prawdopodobnie członkiem innej grupy, która nadepnęła na odcisk gangowi Marchewy.

Oskarżony uparcie nie przyznawał się do winny podtrzymując że nie było go na miejscu zdarzenia a ponadto brzydzi się przemocą. Oskarżał on również prasę o to że swoimi artykułami przykleja mu łatkę gangstera której nie będzie już mógł się pozbyć.

Proces w sprawie Ajki okazał się jednak parodią wymiaru sprawiedliwości. Powtarzany był 4-krotnie  aż w końcu po 10 latach uniewinniono wszystkich oskarżonych. Marchewa który w tej sprawie spędził w areszcie ponad cztery lata, domagał się przed trybunałem praw człowieka w Strasburgu 250 tysięcy dolarów odszkodowania. Otrzymał 1500 euro.

 

W czasie kiedy Marchewa siedział w areszcie i czasowo wypadł z interesu, w mieście zaczęły się gorączkowe próby zajęcia jego miejsca.Zaczęto co raz głośniej mówić o młodszym o 5 lat od Marchewy, Zbigniewie Ś. ps. Pyza.

Ten były zapaśnik i szef bramkarzy w nocnym klubie już w połowie lat ’90 zaczął przejmować część nielegalnych interesów w mieście. Zajmował się między innymi odbieraniem długów i opieką nad prostytutkami. Jego grupę nazywano gangiem chemików z uwagi na to że większość jej członków wspomagała się sterydami.

W marcu 1998 roku na parkingu basenu Clepardia doszło do spotkania członków wrogich ekip.Na miejscu zjawiło się kilkadziesiąt samochodów z których wysiadło około stu młodych mężczyzn. Ludzie Pyzy i Marchewy mieli rozmawiać o podziale stref wpływów w Krakowie.

Do akcji wkroczyła wówczas policja aresztując 86 osób przy których znaleziono pałki, kastety i broń palną.Po tamtej akcji rozpoczął się otwarty konflikt pełen ataków z jednej i z drugiej strony.

Najpierw na placu Wolnica żołnierze Pyzy zaatakowali ludzi Marchewy. W ruch poszły siekiery, noże i kije. Jeden z ludzi Pyzy dostał siekierą w plecy, drugiego ugodzono nożem.

Gangsterzy po przegranym starciu postanowili szybko się zemścić. Już nazajutrz, późnym wieczorem w okolicy hali korony padły strzały w stronę ludzi Marchewy.

Ci z kolei, następnej nocy ostrzelali i zniszczyli wóz należący do członka gangu Pyzy.

W odpowiedzi już kilka godzin później do dwóch agencji towarzyskich kontrolowanych przez Marchewę wpadły bandy zamaskowanych mężczyzn. Lokale zostały przez nich zdemolowane i podpalone. W wyniku zaczadzenia w agencji przy ul. Kalwaryjskiej zmarła 35-letnia kobieta.

Niedługo po tym na dworcu głównym w Krakowie policja zatrzymała dwóch mężczyzn którzy w pociągu z Gdańska przewozili ładunek wybuchowy przeznaczony najprawdopodobniej do wyeliminowania Pyzy. Jeden z mężczyzn został później zakatowany przez ludzi Zbigniewa Ś.

Sam Pyza przez organy ścigania uważany był za jednego z najbliższych współpracowników Janusza T. – Krakowiaka.

Dał on wolną rękę Zbigniewowi Ś. ps. „Pyza” oraz Tomaszowi K. ps. „Kaczor” na stworzenie w Krakowie własnej grupy, choć cały czas miał nad nią kontrolę. Kompanów werbowali spośród młodych mężczyzn ćwiczących w siłowniach lub uprawiających sporty walki oraz bramkarzy z klubów i dyskotek. Sam „Pyza” też obstawiał bramki w kilku lokalach. „Kaczor” z kolei znany był z bezwzględności i brawury. – Wraz z kompanami szybko zaczęli zdobywać miasto .

Grupa zmonopolizowała handel kradzionymi autami, a potem ich odzyskiwanie. Mocno weszła też w handel amfetaminą, kokainą i marihuaną oraz bronią.

Kiedy w 1999 roku przeprowadzono obławę na ludzi Krakowiaka, Pyzie  i Kaczorowi udało się zbiec. Poszukiwany listem gończym Pyza  przyjechał jednak na Śląsk aby wypłacić rodzinom zatrzymanych gangsterów, pieniądze z bandyckiego funduszu socjalnego.

To również ludzi Zbigniewa Ś. łączono z zabójstwem trenera kadry w Kickboxingu Andrzeja Firsta.

/andrzej first/ PAP

Kiedy we wrześniu 1999 roku w wypadku samochodowym zginął Tomasz S. bliski kompan Pyzy, krążyły plotki że może on pojawić się na uroczystościach pogrzebowych.

Zbigniew Ś. Uciekł jednak do Hiszpanii gdzie został zatrzymany w 2001 roku wraz  z pruszkowskim bossem „Słowikiem.”Obaj zostali deportowani do Polski.

„Pyza” jednak  kierował swoimi „żołnierzami” w Małopolsce także wtedy, kiedy ukrywał się w Hiszpanii.

Kierowani przez niego gangsterzy przemycali przez zieloną granicę m.in. sztucery, kałasznikowy, pistolety z tłumikami i glauberyty z wyposażenia oddziałów antyterrorystycznych. Broń następnie sprzedawali śląskim i małopolskim gangom. Transakcje nadzorował Artur J. ps. „Budyń”, szara eminencja śląskiego półświatka. To on dbał o to, by łącznicy z pieniędzmi docierali do ukrywającego się w Hiszpanii „Pyzy”.

Dzięki zeznaniom świadka koronnego Krzysztofa P. ps Loczek – organy ścigania postawiły przed sądem 29 osób należących do gangu Pyzy. Prokuratura zarzuciła gangsterom udział w zorganizowanej grupie o charakterze zbrojnym, zlecenia zabójstw, napady, wymuszenia haraczy, handel bronią i narkotykami na dużą skalę.

Zbigniew Ś. Pyza w areszcie przebywał do kwietnia 2008 roku. Opuścił jego mury po wpłacie kaucji i na finał dotyczących go spraw oczekuje na wolności. Podobnie jak Marchewa zaskarżył polski wymiar sprawiedliwości przed trybunałem praw człowieka.

O Marchewie ponownie zrobiło się głośno dopiero w 2006 roku, za sprawą strzelaniny w restauracji Elena. Gangster Adam B. ps. Gebbels zastrzelił tam swoja byłą partnerkę i jej konkubenta a na końcu popełnił samobójstwo. Na miejscu zdarzenia błyskawicznie pojawili się właśnie Marchewa i jego brat Marek D. Adam B. pozwolenie na broń otrzymał po tym jak próbowano go zastrzelić na ul. Mickiewicza. Z tym zamachem powiązany miał być właśnie Marchewa.

W kwietniu 2007 roku Centralne Biuro Śledcze aresztowało Marchewę i jego brata oraz 8 innych osób.  Zatrzymania były efektem pracy policji która rozpracowywała grupę przestępczą dokonująca przestępstw gospodarczych.

Działalność dotyczyła nielegalnego przejmowania firm. Śledczy szacują, że gangsterzy przejęli 300 spółek z całej Polski.

Mechanizm przestępstwa był całkiem  prosty. Przestępcy wyszukiwali zadłużone spółki. Przejmowali je na podstawione osoby, aby potem wyprzedać ich majątek, tak by nie trafił do wierzycieli. Komornicy, którzy próbowali potem coś wyegzekwować, musieli umarzać sprawy, bo nie było już co licytować. Przestępcy przez długi czas skutecznie zacierali po sobie ślady. Ograbione spółki przerejestrowywali, zmieniali ich siedziby, by nikt nie mógł trafić na trop nielegalnej działalności.

Interes miał być warty dziesiątki milionów złotych.

W 2016 roku wielu oskarżonych o udział w szajce dobrowolnie poddało się karze. Jacek M. nie przyznał się do winy.