„Al Capone” znad Dunajca

„Al Capone” znad Dunajca

fot. Ryszard. Ch. brat Władysława „Ala Capone” / PAP 

49-letni dziś Władysław Ch., pochodzi z Gabonia, malowniczej, górskiej wioski, leżącej w powiecie nowosądeckim. Od młodych lat trenował w przydomowej siłowni, wraz z młodszym o trzy lata bratem Ryszardem.

 

Swoją siłę fizyczną wykorzystał już wieku 16 lat, kiedy to znokautował nauczyciela języka polskiego.  Jego brat zaś, trafił do policyjnych kartotek, od razu po odebraniu dowodu osobistego. Co raz częściej zdarzało się ze Ch. kogoś pobili lub dopuścili się chuligańskich  wyczynów.

Traktowano te zajścia wówczas jako łobuzerskie wybryki. Nikt nie spodziewał się, że starszy z braci Ch. zostanie wkrótce gangsterem, terroryzującym całą Sądecczyznę i Podhale. Nie jasne jest pochodzenie jego pseudonimu Al Capone, wiadomo natomiast, że nazywano go także Dużym Władkiem, Gabończykiem czy Bacą.

Władysław Ch. ukończył rolniczą zawodówkę o profilu ogrodniczym. Nie zajął się jednak pracą w wyuczonym zawodzie. Otworzył za to, na początku lat ’90, dwa sklepy w rodzinnej miejscowości.

W tajemniczy sposób, inne sklepy w okolicy padały regularnie ofiarą podpalaczy. Bracia Ch. dzięki temu uzyskiwali monopol na sprzedaż wielu artykułów.

Zyski ze sklepików nie zaspokajały jednak ich potrzeb. Wraz z 10 najbardziej zaufanymi kolegami, weszli w handel narkotykami i alkoholem bez akcyzy. Doszły to tego haracze, zbierane od restauratorów, właścicieli salonów masażu czy agencji towarzyskich.

Mechanizm działania gangu nie był skomplikowany – najpierw do lokalu wpadali wynajęci, przez bossa z Gabonia bandyci, po czym demolowali jego wnętrze. Następnie do środka wchodził sam Władysław Ch. , i  proponował swoja ochronę.

Opornych nie było zbyt wielu. Jeśli się pojawiali, czekało ich łamanie kości czy obcinanie uszu.

Grupa braci Ch., była typowo ulicznym gangiem. Nie posiadała koneksji w świecie polityki czy biznesu, słynęła za to z brutalności i bezwzględności wobec oponentów.

Dzięki swej krwawej opinii, gang podporządkowywał sobie kolejne tereny. Bandyci planowali nawet przejęcie krakowskiego półświatka.  Przestępcy, którzy chcieli dokonać rabunku czy napadu na terenie należącym do Capone, musieli prosić o jego zgodę. Jeśli ją otrzymali, przekazywali mu spory procent od zgarniętego łupu.

Groźny gangster, został jednak wreszcie dorwany przez policję. Zatrzymano go na drodze w Starym Sączu, na początku 1998 roku. Antyterroryści wywlekli go z samochodu i odwieźli do aresztu.

Już rok później, został prawomocnie skazany na 8 lat więzienia, za wymuszanie haraczy i rozboje. Nie przeszkadzało mu to jednak w dalszym kierowaniu gangiem. Jego młodszy brat, również zatrzymany w tamtym czasie, został wypuszczony na wolność już po kilku miesiącach i stał się pośrednikiem między Władysławem a członkami grupy.

Zachęcony krótką odsiadką Ryszard, postanowił napadać na plebanie. Do pierwszego rabunku doszło w Starym Sączu. Bandyci zaskoczyli śpiącego księdza, zakneblowali taśmą samoprzylepną i związali mu ręce. Zabrali niemal 150 tys. zł przeznaczonych na remont kościoła. Takie napady powtórzyły się jeszcze kilkukrotnie.

Sytuacja przestępców, zmieniła się jednak diametralnie, kiedy  pod koniec 2000 roku, śledczy w okolicach Nowego Sącza, odkopali ciała czterech ofiar,  gangsterskich egzekucji.

Jak ustalono w toku śledztwa pierwszą ofiarą był Paweł G., przestępca, który postawił się bossowi.  W 1996 roku, wywabiono go pod pretekstem kolejnego napadu, a następnie pobito, skuto kajdankami i z pękniętą czaszką wrzucono do Dunajca.

Podobny los spotkał innego buntownika, Leszka J. ps. Lechman. Ten z kolei, jako lider własnej grupy, nie zamierzał dzielić się zyskami z braćmi z Gabonia. Był znanym w Nowym Sączu przestępcą, po licznych wyrokach.  I to w tym mieście, zakończył swój żywot. W maju 1999 roku, późnym wieczorem wracał z dziewczyną, do swojego mieszkania przy ul. Tuwima. Gdy otwierał drzwi klatki, otrzymał postrzał w głowę. Napastnik uciekł do zaparkowanego w pobliżu BMW, gdzie czekał na niego kierowca. Lechman zmarł po kilku godzinach w szpitalu.

Zlecenie tego zabójstwa, z celi więzienia, wydał sam Al Capone. Zrobił to przez dostarczony mu przez klawisza telefon komórkowy.

Kolejną ofiarą bandy był Bogdan P. – kasiarz i złodziej starszego pokolenia. Młodzi gangsterzy zaczęli podejrzewać go o to, że oszukuje ich przy każdym wspólnym skoku. Do tego doszła kłótnia o kobietę z Ryszardem Ch., i los Bogdana P. był już przesądzony.

O przebiegu tego morderstwa, opowiedział śledczym, jeden z członków gangu, skruszony przestępca Krzysztof Ł. ps. „Łyli”  /górski krajobraz Gabonia

– Zabójców było kilku. W majowy wieczór jeden wywabił Bogdana P. z domu, pod pozorem napadu na leśniczego. Samochodem ofiary pojechali nad Dunajec koło Starego Sącza. Gdy weszli na leśną ścieżką, nagle zjawił się Ryszard Ch. Nic nie mówiąc, wypalił pół magazynka pistoletu w głowę kasiarza, po czym rannego dobił znajomy Ukrainiec.

Bracia Ch. zapakowali zwłoki do bagażnika i zawieźli pod swój dom w Gaboniu. Stamtąd zabrali łopatę, środki chemiczne i nasiona trawy. „Łyli” zasiadł za kierownicą samochodu z trupem. Reszta z przodu ruszyła drugim autem.

Po pewnym czasie zostawili auta i ruszyli na piechotę. Ciało z workiem foliowym na głowie nieśli bracia Ch. Kiedy się zmęczyli, zaczęli je ciągnąć pod górę. Dół czekał. Ryszard Ch. skakał po zwłokach, żeby lepiej przywarły do ziemi. Następnie polał je żrącym kwasem, utrudniając ewentualne rozpoznanie. –

Z rąk Gaboniowców ginęli kolejni gangsterzy. Grzegorz C. ps. „Korab” nie tylko odmówił płacenia działki braciom Ch. ale nasyłał też na nich swoich ludzi. Wydano na niego wyrok, więc w obawie przed zemstą uciekł na Ukrainę. Wrócił, kiedy Włodzimierz Ch. został zatrzymany. Polowanie na „Koraba” jednak trwało nadal. Zginał razem z kolegą, Ryszardem G., ps. „Wolwo”.

Zastrzelony został też Tomasz M., który postanowił handlować alkoholem, bez wiedzy bossa. Egzekucje wykonał osobiście Ryszard Ch. To również on zabił wspólnika Jerzego W., który zginął bo Ryszard Ch. podejrzewał, że może na niego donieść policji. Z kolei Andrzejowi K. z Tarnowa, poderżnięto gardło, po czym dobito kilkoma strzałami. On także próbował działać na własną rękę.

W trakcie śledztwa co jakiś czas pojawiały się kolejne trupy. Śledczy szacowali, że może ich być nawet kilkanaście.

Kiedy wokół zabójstw robiło się coraz więcej szumu, Ryszard Ch. i jego człowiek Sebastian W. zapadli się pod ziemie. List gończy trafił do Interpolu. Dzięki podsłuchom, CBŚ z Nowego Sącza ustaliło, że gangsterzy uciekli do USA i pod zmienionymi nazwiskami, zamieszkali w jednej z bogatszych dzielnic Nowego Yorku. W akcję zatrzymania przestępców, zaangażowane było nawet FBI.Po namierzeniu, z której budki telefonicznej dzwonią do Polski, zostali zatrzymani i przewiezieni do kraju.

W tym czasie w więzieniach siedziała już większość członków gangu. Procesy toczące się przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu, prowadzono przy zaostrzonych środkach bezpieczeństwa. Na czas dowożenia oskarżonych z różnych więzień i aresztów, zamykano część ulic w centrum miasta.
W sali rozpraw zamontowano kuloodporną klatkę. Bandyci wchodzili tam w pomarańczowych kombinezonach dla szczególnie niebezpiecznych przestępców, z rękami i nogami skutymi łańcuchami.

W listopadzie 2003 r. pięciu zabójców, w tym bracia Ch., zostało skazanych na kary dożywotniego pozbawienia wolności. W wyroku zawarto uwagę, że przywódcy gangu o warunkowe wcześniejsze zwolnienie będą mogli ubiegać się po 40 latach. Dwa lata później usłyszeli wyroki dożywocia za kolejne udowodnione im morderstwa. Pozostali członkowie grupy Capone, w licznych procesach zostali skazani na kary od 6,5 do 25 lat pozbawienia wolności. Część z nich już wyszła lub wkrótce wyjdzie z więzienia.

Bracia Ch. z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie opuszczą już murów więzienia. Jest to jeden z nielicznych sukcesów polskiego wymiaru sprawiedliwości, w zakresie zorganizowanych grup przestępczych działających w latach ’90.