Edward Ś. –  „Tato” z Torunia

Edward Ś. – „Tato” z Torunia

fot. skład węgla

Edward Ś. Ps. „Tato” był słynnym Toruńskim oszustem. Podejrzewano go także o kierowanie potężnym gangiem wymuszającym haracze i kradnącym samochody. Jednak dowodzenia grupą przestępczą nigdy mu nie udowodniono. Postawiono go za to  przed sądem w sprawie tzw. afery węglowej. Przekrętu głośnego na cały kraj.

 

Edward Ś. był niekwestionowanym pionierem wyłudzania towaru na wydłużony okres płatności. „Tato” i  jego ludzie wyłudzili tą metodą w całym kraju towary na prawie półtora mln zł, a próbowali wyłudzić kolejne dwa.

Schemat działania był prosty. Ludzie „Taty” zakładali spółki, które zamawiały od różnych firm towary na przedłużony termin płatności. Do zapłaty nigdy jednak nie dochodziło. Spółki cały towar fikcyjnie odsprzedawały Edwardowi Ś. i szybko likwidowały swoją działalność. Był to głównie miał węglowy, ale zdarzały się również materiały budowlane..

„Tato” sprzedawał towar taniej niż cena rynkowa i tym sposobem zawsze miał zbyt. Proceder trwał w najlepsze aż do maja 2001 roku. W wyniku procesu skazano 16 ludzi „Taty” a sam boss otrzymał wyrok 7 lat pozbawienia wolności.

„Tatę” za kraty posłał Sąd Apelacyjny w Gdańsku. Stało się tak wskutek zażalenia prokuratury na decyzję toruńskiego sądu, który po skazaniu przestępcy na siedem lat więzienia za „aferą węglową”, pozwolił mu pozostać na wolności do czasu uprawomocnienia wyroku. Sędziowie z Wybrzeża zdecydowali, że razem z Edwardem Ś. pod klucz trafi pięciu jego najbliższych współpracowników.

Wykonywanie poleceń sądu przychodziło policji niezwykle mozolnie. Zatrzymano wprawdzie pierwszego z oskarżonych Jacka Sz., ale pozostali zniknęli. W pierwszej kolejności na komendę, o czwartej nad ranem stawił się Dariusz M. Oddał się w ręce policji rzekomo za namową żony. Następnego dnia wyjaśniły się losy księgowej „Taty” – która odnalazła się w szpitalu psychiatrycznym w Świeciu, gdzie trafiła dzień po decyzji gdańskiego sądu.

Edward Ś./materiały prasowe

Sam „Tata” jednak zniknął z oczu organom ścigania.Policja uznała więc, że skazany ukrył się i złożyła wniosek o wydanie listu gończego.

„Tatę” zatrzymano pół roku później na terenie Czech. Podczas jego odsiadki Toruń stał się poligonem dla walczących o wpływy gangsterów. Porachunki gangów, strzały na ulicy i wybuchy bomb stały się wtedy codziennością.

66 –letni dziś tato Wyszedł na wolność na początku  2007 roku – 8 miesięcy przed ostatecznym terminem. Jak podkreślają we Włocławskim więzieniu zasłużył sobie na to dobrym sprawowaniem. Sąd wziął pod uwagę fakt, że ponad 70 razy był nagradzany przez klawiszy za „wzorowe zachowanie”. Mówiono że na wolności „Tato” też był dżentelmenem. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Zawsze uśmiechnięty szarmancki w dobrze skrojonym garniturze.

Andrzej H. „Korek” (grupa mokotowska)

Andrzej H. „Korek” (grupa mokotowska)

fot. Andrzej H. na sali rozpraw / Stefan Kraszewski, PAP

Na terenie warszawskiego Mokotowa już od początku lat ’90 działała silna grupa przestępcza. Początkowo luźno powiązana z czasem stała się bardzo hermetyczna. Nowych członków w szeregi gangu, przyjmowano poprzez popełnianie wspólnie określonych przestępstw. W połowie lat ’90 grupa mokotowska stanowiła już poważną organizacje przestępczą, liczącą kilkuset członków.  Andrzej H. Korek vel. Łysy, gangiem tym kierował od 1994 roku do dnia aresztowania, czyli 14 lipca 2004 roku.

 

Urodził się w 1957 roku w Warszawie. Posiada wykształcenie zawodowe, z wyuczonym zawodem spawacza. W wieku 17 lat po raz pierwszy trafił do więzienia.  Otrzymał wtedy wyrok 6 lat pozbawiania wolności za włamania do mieszkań. Wyszedł po 4. Przy kolejnych aresztowaniach nawiązał znajomości z takimi osobami jak pruszkowski Barabasz czy Janusz P. „Parasol”. Pierwsze większe pieniądze zarobił na handlu spirytusem i papierosami.

W latach ’90, gdy w stolicy dominowały Pruszków i Wołomin, Korek nie wychodził przed szereg. Nie mógł sobie pozwolić na zaczepianie silniejszych grup. Istnieje nawet anegdota o pobiciu na terenie warszawy Jacka K. ps. „Młody Klepak”. Syn bossa z Wołomina, został zaatakowany w pubie, przez chłopaków z Mokotowa, nie mających pojęcia kogo biją. Po interwencji słynnego ojca, Korek sam dostarczył winowajców do Wołomina, aby otrzymali tam odpowiednia karę.

Przełom nastąpił w 2000 roku, po głośnym rozbiciu struktur grupy pruszkowskiej i zatrzymaniu wielu liczących się postaci. Grupa mokotowska na czele z Korkiem, zaczęła wychodzić z cienia. Wielu gangsterów z rozbitych grup zaczęło przechodzić pod jego skrzydła, powiększając tym samym szeregi grupy.

Organizacja zaczęła działać jak sprawne konsorcjum. Gang podzielony był na różne odłamy, z których każdy zajmował się inną dziedziną. Podgrupy Wojtasa i Ojca dokonywały brutalnych porwań dla okupu, grupa Bajbusa zajmowała się wstawianiem automatów do lokali i napadami, inne podgrupy ściągały haracze i zajmowały się narkotykami. Haracze na Mokotowie płacili wszyscy. Nie tylko właściciele knajp i burdeli ale też taksówkarze, właściciele kiosków czy straganów. Dochodziło wręcz, do sytuacji, dziś nie do pomyślenia, w których właściciele interesów sami zgłaszali się do mokotowskich aby im płacić.

Skorumpowany policjant o Dariusz S. „Steryd” podczas składania zeznań w sprawie jednego z członków grupy tak wypowiadał się o strukturze w gangu:

„O wszystkim co się dzieje w grupie decyduje zarząd to są tzw. starzy mokotowscy. Należą do nich Korek, Szeląg, Kolarz, Myniek, Żyd i Daks. Korek był główną i najważniejszą osobą w zarządzie, ale decyzje odnośnie wydatków podejmowano wspólnie. Oni mieli pod sobą różne grupy. Min. grupę Bajbusa, które pracowały na zarząd.”

 Zatrzymanie „Wojtasa”/policja.pl

Korek po mieście, zaczął poruszać się opancerzonym BMW. Posiadał też , luksusowy jacht na Zalewie Zegrzyńskim i kilka legalnie działających firm, m.in. w branży deweloperskiej i automatów do gier.Z wyglądu przypominał bardziej statecznego przedsiębiorcę niż gangstera. Łysiejący, średniej postury, w dobrze dopasowanym garniturze. Dla członków grupy organizował spotkania towarzyskie takie jak andrzejki czy wigilia. Nie wszyscy jednak mogli liczyć na zaproszenie od bossa.

Mawiał ponoć, że jego marzeniem jest zarobić 33 mln dolarów, po jednym dałby każdej z trzech córek, a za resztę żyłby wraz z żoną.

Do pierwszych poważnych problemów w grupie doszło w 2001 roku. Zatrzymano i aresztowano wówczas takie osoby jak Daks, Levis, Bartek, Roki, Wojciech F. i współpracujący z gangiem adwokat Lech K.  Korek tym razem uniknął zatrzymania.

Mówiło się, że jest doskonale „poukładany” z policją. Nie raz widziano go poklepującego się po plecach z wysokimi rangą funkcjonariuszami. Jednak jak każdy w przestępczej branży posiadał tez swoich wrogów. Polowali na niego min. członkowie „gangu mutantów”, tego samego który strzelał do policjantów w Parolach i magdalence. Korek wiedział, że z nimi nie ma żartów, więc oficjalnie polował też na nich, jednak robił to w taki sposób aby  uniknąć rozlewu krwi.

Panowanie Korka zakończył jednak nie wrogi gang a operacja policji. 14 lipca 2004 roku, Andrzeja H. z ulicy zgarnęli policjanci, wciągając go do nieoznakowanego radiowozu. W pobliżu czekała też furgonetka z policyjnymi antyterrorystami. Bossa Mokotowa oskarżono o przemyt prawie 400 kg kokainy, która do Polski przypłynęła z ameryki południowej.

Kokaina, wypłynęła z Puerto Kabello w Wenezueli 30 listopada 2002 roku i po trzech tygodniach dotarła do Hamburga. Tam narkotyki przeładowano na holenderski statek „Tanja”, który dobił do portu w Gdyni w styczniu 2003 roku. Narkotyki zostały ukryte przez amerykańskich wspólników „Korka” w separatorze gazu – specjalistycznym zbiorniku stosowanym w branży paliwowej do oddzielania gazu od ropy naftowej.

W Polsce odbiorcą przesyłki była firma bel bud, zajmująca się importem kwiatów. Ta nieścisłość już tworzyła podejrzenia wśród celników. Nie miało to jednak znaczenia, bo nawet gdyby odbiorcą skomplikowanej maszyny okazała się rafineria w Gdyni, transport i tak byłby spalony. Ktoś z ludzi „Korka” sypnął i poinformował odpowiednie służby o Kokainie na statku z Wenezueli.

Urządzenie zbadano skanerem  a następnie rozcięto piłami straży pożarnej. W środku znajdowało się 190 paczek z kokainą po 1,2 kg 135 po 1,25 łącznie prawie 397 kg. Wartość narkotyku wyceniono na 80 mln zł. Co warto zaznaczyć w akcie oskarżenia Korka, wyliczono mu przemyt 325 kg, rodzi się więc pytanie co stało się z ponad 70 kilogramami kokainy, które zniknęły między pierwszym a drugim ważeniem.

Sam Andrzej H. twierdzi, że narkotyki nie były dla niego intratnym biznesem. W rozmowie z dziennikarką Ewą Ornacką powiedział:

„Nigdy nie zarobiłem na kokainie w Polsce. Kilogram kosztuje 40 tys. euro, czyli za 100 kg trzeba wyłożyć 4 mln euro. Kto by to ode mnie kupił? Zna pani w przestępczej strefie ludzi, którzy mają takie pieniądze ? Bo ja nie znam. No może Henryk Niewiadomski „Dziad” miał, bo on miał pieniądze nawet jak węgiel woził. No ale Dziad przecież nie żyje”

Korek za przemyt kokainy w 2008 roku otrzymał prawomocny wyrok 12 lat więzienia. Jego wspólnicy Jerzy B i Bogusław K. w tym samym procesie dostali po 10 lat. Marek M. „Żyd” który poszedł na współpracę otrzymał karę 5 lat pozbawiania wolności. Tego samego roku sąd w Krakowie orzekł kolejny wyrok w sprawie Andrzeja H. – 15 lat za przemyt 90kg kokainy. Rok później warszawski sąd okręgowy skazał „Korka” na 14 lat więzienia m.in. za kierowanie zorganizowana grupą przestępczą, dokonująca napadów, porwań i zabójstw.

Podczas jego nieobecności w grupie, dowództwo nad nią przejął jego najbardziej zaufany człowiek czyli Daks. Później szefostwo w grupie ulegało kolejnym zmianom.

W 2005 roku policja zadała kolejny cios gangowi z Mokotowa, zatrzymując 17 ważnych członków grupy. Następnych 14 aresztowano w 2014 roku. Grupa została praktycznie rozbita.

Zatrzymanie członków grupy mokotowskiej/policja.pl

Podczas odsiadki Andrzej H. zaskarżył polski wymiar sprawiedliwości do trybunału praw człowieka w Strasburgu. Oświadczył, że już od 8 lat posiada status niebezpiecznego więźnia, przez co jest poddawany specjalnym rygorom. Trybunał przychylił się do jego skargi w 2012 roku i Korek otrzymał 5 tys. euro odszkodowania.

Gangster wytoczył też sprawę swojemu byłemu podwładnemu o pseudonimie Bajbus. Ten ostatni bowiem składając zeznania obciążające Korka przekazał  informację min.o tym, że posiadał on kochankę. Andrzeja H. tak  oburzyły te słowa, że wytoczył Bajbusowi proces. Żądał przeprosin oraz wpłaty 15 tysięcy zł wpłaty na cele dobroczynne.  Sprawa jednak po pewnym czasie rozmyła się.

Korek nie kryje też swojej niechęci do najsłynniejszego świadka koronnego w Polsce. We wrześniu 2016 roku w rozmowie z Ewą Ornacką, przeprowadzonej na potrzeby książki „Kombinat zbrodni” powiedział:

„Wykreowaliście na bohatera kogoś takiego jak Masa, przypisując mu szlachetne pobudki działania. Proszę pamiętać, że kiedy gangster się otwiera, to nie jest to bynajmniej chęć oczyszczenia, rozliczenia ze społeczeństwem za popełnione grzechy. Świadkowie koronni mówią to co im wygodnie, wybielają się kosztem innych. Tak zrobił Masa w wy stworzyliście mu wizerunek niezgodny z rzeczywistością. Dzięki wam ten człowiek jest dziś celebrytą, komentatorem wydarzeń, znawcą wszelkich zagadnień z przestępczości. Przyjmujecie za pewnik wszystko co on wygaduje i wypisuje. Była pani autorką pierwszych wywiadów prasowych i telewizyjnych z Masą. Budowała pani społeczną sympatię do niego a przez to wiarę w to co mówił. Nie czuje się pani współodpowiedzialna za to kim dziś jest Masa? „– pyta Andrzej H.

Korek więzienie opuścić miał w już lipcu 2017 roku. Dołożono mu jednak kolejne dwa lata, i o ile nie otrzyma następnych wyroków, wyjdzie na wolność w 2019 roku.

Jan R. „ojciec chrzestny z Kisielic”

Jan R. „ojciec chrzestny z Kisielic”

fot. Jan R. na rozprawie / Rafał Maliszewski, dziennik elbląski

W niewielkich Kisielicach leżących k. Grudziądza Jan R. traktowany był przez mieszkańców niczym ojciec chrzestny. Popegeerowskie miasteczko, po zmianach ustrojowych zostało odcięte od świata. W okolicy panowało powszechne bezrobocie i brak perspektyw dla młodych ludzi.

 

Wówczas pomocną dłoń wyciągnął Jan R. zwany „Kulawym”. Mimo tego, że sam wymagał opieki po wypadku w 1980 roku i paraliżu dolnej części ciała, w niewyjaśniony sposób stał się najbogatszym mieszkańcem Kisielic.

Jako właściciel min. masarni stał się największym pracodawcą w okolicy. Jako radny, aktywnie udzielał się w życiu społecznym i politycznym miasta. Swoją urzędniczą dietę przekazywał na paczki dla dzieci z ubogich rodzin. Sam Jan R. w rozmowie z dziennikarzem powiedział kiedyś o sobie:

– Byłem radnym miejskim w Kisielicach. Na tamte czasy mieliśmy sporo pieniędzy, prowadziliśmy firmę. Mimo tego pomagaliśmy często biednym. Remontowaliśmy nawet kościół. Zastanawialiśmy się nad niewielka rafinerią biopaliw. Rozmowy prowadzone były z burmistrzem Kisielic. Załatwiona była koncesja, biznes plan. Przyjeżdżał do nas doradca rządowy. Potem usłyszałem, że samorząd powiatowy nie ma na to pieniędzy. Sprzedawaliśmy wcześniej maszyny rolnicze, prowadziliśmy gospodarstwo. Ciągle pomagałem mieszkańcom, drewno dawałem, pieniądze dla dzieci. Wbrew tym obelgom nikogo nigdy nie skrzywdziłem.-


Jest to jednak tylko jedno oblicze, postaci jąka jest Kulawy.

Jak ustaliła prokuratura Jan R. stał na czele brutalnej 15-osobowej grupy przestępczej, zajmującej się przemytem rosyjskich papierosów do Europy zachodniej, handlem narkotykami i wyłudzeniami ubezpieczeń komunikacyjnych.

Na swoim terenie „Kulawy” był nietykalny. Ludzie wdzięczni za jego pomoc, nie dociekali, w jaki sposób zgromadził swój majątek. Nawet jeśli o czymś wiedzieli, nie opłacało im się informować miejscowej policji. Nie miało to żadnego sensu, gdyż komendantem lokalnego posterunku, był krewny „Kulawego”, nomen omen noszący takie samo nazwisko jak on.

Jego bezkarność trwała w najlepsze aż do końca maja 2003 roku. Wówczas to jego dwaj wspólnicy, w interesach papierosowych Stanisław B. i Jerzy O., wyruszyli do niego ze Szczecina.

Mężczyźni byli przedsiębiorcami, zajmującymi się na boku przemytem papierosów. Do „Kulawego” jechali w celu rozliczenia się za interesy. Jan R. winny był im ok. 50 tys. euro.

Dzień ,w którym pojawili się w posiadłości Kulawego przy ul. Nadjeziornej, był ostatnim, w którym ich widziano.Na trop Jana R. policję naprowadziły panie Lucyna i Henryka, żony zaginionych mężczyzn, które nerwowo zaczęły ich poszukiwać. Ostatnia rozmowa telefoniczna przeprowadzona przez jedną z nich z mężem, sugerowała, że biznesmeni są właśnie u „Kulawego”.

Kobiety początkowo, postanowiły działać na własną rękę, co było iż ich strony bardzo nieodpowiedzialnym zachowaniem. Kiedy mężowie nie wrócili do domu, umówiły się na rozmowę w domu „Kulawego”. Na szczęście dla nich, zjawiły się w Kisielicach wcześniej niż były umówione. Według wiedzy operacyjnej policji, gdyby znalazły się na posesji Jana R. o ustalonej godzinie, prawdopodobnie już by nie żyły. To spotkanie u „Kulawego”, niczego jednak nie wniosło do sprawy.

Kiedy ich paniczne poszukiwania nie przyniosły rezultatów, panie postanowiły zawiadomić o wszystkim policje. Jednak w obawie o siebie i mężów, nie podały informacji o ich przemytniczych interesach z „Kulawym.”

Kobiety wymyśliły historię o rzekomym kupnie auta, na które mężczyźni udali się do Jana R., i z którego już nie wrócili. Policja nie mając przesłanek o przestępczej działalności „Kulawego” udała się na jego posesję w innym charakterze, niż powinna.

Ich wizyta nie przyniosła pożądanych skutków. Kobiety, które nie przekazały całej prawdy o interesach mężów popełniły błąd. „Kulawy” miał możliwość się wybronić. O faktycznym powodzie, wyjazdu mężczyzn do Kisielic, powiedziały w końcu funkcjonariuszce CBŚ w Olsztynie. Dopiero wówczas postępowanie ruszyło w prawidłowym kierunku. Od zaginięcia Stanisława B. i Jerzego O. minęło już jednak kilka miesięcy.

Podczas rozwieszania w Malborku informacji o zaginionych, ich synowie, zauważyli na stacji paliw auto, które posiadało charakterystyczne felgi. Dokładnie takie, jakie znajdowały się w samochodzie ich ojców.

Udało się im dotrzeć do warsztatu, w którym obecny właściciel kupił felgi. Resztą zajęła się policja, która doprowadziła do wyłowienia, spalonego wraku samochodu, z Wisły w lipcu 2003 roku.

Człowiek który, zniszczył auto, zeznał że zrobił to na polecenie Kulawego. Przed spaleniem i zatopieniem go, wykręcił jednak felgi, aby je sprzedać. Po złożeniu zeznań popełnił samobójstwo.

Policja ponownie wkroczyła do domu Jana R. 19 listopada 2003 r., czyli ponad 5 miesięcy od zaginięcia biznesmenów ze Szczecina. Tym razem posiadała nakaz aresztowania przestępcy, a na terenie jego domu, znaleziono broń palną, amunicję i ładunki wybuchowe.

Kulawemu nie pomogły ani groźby, ani zasłanianie się stanem zdrowia. Został aresztowany.

Posiadłość Jana R. została zajęta przez komornika i popadła w ruinę.

Pierwszy proces trwał aż pięć lat. W tym czasie odbyło się ponad 300 rozpraw, a koszt całego postępowania oszacowano na 4 mln zł. Znaczą część kosztów pochłonęła opieka medyczna, której wymagał główny oskarżony.

Przez około rok, do momentu aresztowania żony Kulawego, żaden z ponad 200 przesłuchanych nie chciał niczego powiedzieć. Dopiero po zatrzymaniu Elżbiety R., zaczęły pojawiać się kolejne informacje.

Co do zniknięcia mężczyzn, przyjęto kilka hipotez. Według pierwszej, zostali oni zamordowani już w domu Kulawego, a ich ciała zmielono w maszynie masarskiej. Według innej mieli być torturowali, zastrzeleni i zakopani, na jednym z leśnych terenów należących do Jana R. Wersja którą nagłaśniali oskarżeni mówiła zaś, że mieli rzekomo uciec za granicę przed kłopotami z prawem.

Proces gangu „Kulawego” ruszył w 2006 r. i zakończył się w styczniu 2011 r. Wówczas na ławie oskarżonych zasiadło 16 osób, w tym dwie kobiety. Odpowiadali za zabójstwa, przemyt, handel narkotykami i ładunkami wybuchowymi. Grupa funkcjonować miała od 1998 roku do listopada 2003. Jan R. w tym procesie, został skazany na dożywocie za 30 przestępstw, w tym zlecenie i zorganizowanie podwójnego zabójstwa.

Wiosną 2014 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku uchylił jednak wyrok w części dotyczącej zlecenia oraz dokonania zabójstw i skierował sprawę do ponownego rozpoznania. Z uzasadnienia wynika, że w tej sprawie było „wiele domniemań i hipotez, które nie zawsze się zazębiały i nie zostały poparte dowodami”.

Na rozprawach, leżący na szpitalnym łóżku Kulawy, na przemian chrapał i ubliżał wszystkim na sali – sędziom, prokuratorom, policjantom i oskarżycielom. Głośno ubolewał nad swoim zdrowiem przez co często przerywano rozprawy.

Śledczy mimo licznych poszukiwań z użyciem georadarów i przekopania ton ziemi, nie znaleźli śladów zaginionych mężczyzn. Nie pomógł tez jasnowidz Jackowski i działania detektywa Rutkowskiego.

W maju 2017 roku w sprawie gangu Kulawego w Sądzie Okręgowym w Elblągu zapadł kolejny wyrok. Na ławie oskarżonych zasiadło łącznie dziewięć osób. W skład grupy przestępczej wchodzili m.in. najbliżsi członkowie rodziny gangstera – jego żona, dwóch braci i siostrzeniec.

„Kulawy’ za kierowanie grupą przestępczą i zorganizowanie zabójstwa dwóch biznesmenów ze Szczecina, dostał 25 lat.

To niższy wyrok niż dożywocie zasądzone przez I instancję. Uzasadniając wyrok sędzia Tomasz Piechowiak powiedział, że sąd przypisał Janowi R. kierowanie grupą przestępczą, która dokonała zabójstw biznesmenów, natomiast nie ma bezpośrednich dowodów ani poszlak wskazujących, który konkretnie i bezpośrednio z członków gangu dokonał zbrodni zabójstwa. Z kolei Marcinowi K. ps. „Kacper”, Marcinowi G. ps. „Grzywek” oraz Dariuszowi L. sąd przypisał wzięcie biznesmenów jako zakładników. Wymierzył za to Marcinowi K. karę 10 lat więzienia, a Marcinowi G. i Dariuszowi L. kary po 8 lat więzienia.

Inny z członków grupy, Radosław H. został skazany na karę 6,5 roku więzienia za przemyt narkotyków do krajów zachodniej Europy, w tym tabletek gwałtu. Pozostałe osoby zostały skazane na kary od 5 lat więzienia do kary grzywny za wyłudzenia odszkodowań za fikcyjne stłuczki samochodowe oraz przemyt papierosów.

Wyrok jest nieprawomocny. Żony zamordowanych biznesmenów, zapowiedziały iż nie odpuszczą tej sprawy, dopóki nie dowiedzą się gdzie spoczywają szczątki ich mężów.

Rozległa posesja Kulawego, która niegdyś wzbudzała zazdrość sąsiadów, została w między czasie zajęta przez komornika i popadła w ruinę.

„Uchal” z Wyszkowa

„Uchal” z Wyszkowa

57-letni dziś Sławomir O. , do Wyszkowa, przeprowadził się z rodzicami ze wsi. W mieście, pracę dostała jego matka, ojciec chorował, nie wychodził z domu. Jego rodzina ponoć posiadała kamienice w Łomży, która została im odebrana przez państwo w czasach socjalizmu. „Uchal”, jak nazwano go od odstających uszu, przestępczą karierę zaczynał na przełomie lat 70 i 80. Jak wielu drobnych przestępców w tamtym okresie, miał podobny start: bójki, kradzieże, alkoholowe imprezy. Nic nie zwiastowało, że niedługo stanie się bossem nie tylko Wyszkowa ale obszaru leżącego na terenie trzech województwach.

 

Według ustaleń śledczych, w grudniu 1995 roku, „Uchal” zorganizował w swoim domu spotkanie z przestępcami z Wyszkowa. Zapytał ich wtedy czy chcą do niego dołączyć. Jednocześnie, od razu mianował się liderem tej grupy. Jego gang zasilili przede wszystkim recydywiści i ludzie znani ze swojej bandyckiej przeszłości.

Od początku w grupie byli min. Marek D. „Wacek”, Robert D. „Klakier”, Wiesław J.”Kolczyk”, Jan D. „Baca”, Wiesław P. „Koczis”, Edmund P. Później dołączyli do nich Krzysztof L. „Leon” czy Grzegorz R.”Chałapa”, który jako szwagier „Uchala” zajmował w grupie wysoką pozycję, mimo młodego wieku.

Grupa zajmowała się przede wszystkim ściganiem haraczy i kradzieżami samochodów. Po przywłaszczaniu aut , organizowano tzw. „wykupki”. Dochodziło do sytuacji gdzie w niespełna 30-tysięcznym Wyszkowie, ginęło 20 samochodów rocznie.

Sterroryzowani właściciele interesów płacili haracze bez szemrania. Właściciele dyskotek, knajp, lodziarni, piekarni, drobnych firm usługowych czy małych hurtowni, płacili bandytom comiesięczną daninę w zamian za tzw. ochronę.

Grupa w czasie największej prosperity, współpracowała z gangami z Łomży, Suwałk czy Wołomina. Kiedy pod koniec lat ’90 boss z Suwałk, niejaki „Anucha”, stracił nogę w zamachu bombowym, gangsterzy pojechali okazać mu solidarność.

Defilada kilkudziesięciu gangsterskich wozów wyruszyła z Wyszkowa pod szpital, w którym leżał gangster. Wyszkowianie pod oknami budynku wznosili okrzyki: „Anucha jesteśmy z Tobą!”

Według prokuratury, gang Uchala, w krótkim czasie rozrósł się z kilkunastu, do około stu osób.

Legenda głosi, że doszło nawet do starcia „Uchala” z osławionym „Pruszkowem”. Konfrontacja miała mieć miejsce, na tyłach baru Paragraf na alei „Solidarności” w Warszawie. Zjechało się tam ok. 200 gangsterów z obu stron Wisły. Górą – w tej demonstracji siły miał być „Uchal”.

„Uchal”, Tygodnik Ostrołęcki

Członkowie bandy nie kryli swego bogactwa. Jeździli drogimi wozami, budowali wystawne domy. Osiadali głównie w podwyszkowskim Rybienku, gdzie z ich willami sąsiadowały posesje miejscowych notabli.

Szczególnie upodobali sobie część Rybienka zwaną Latoszkiem.

„Uchal” postawił dwa domy, jeden zarejestrował na matkę, drugą na siostrę. Założył też stadninę koni wierzchowych.

Urząd Skarbowy nie interesował się, skąd pochodzą pieniądze na te inwestycje. Prokuratorowi, który zwrócił się z prośbą o finansowe sprawdzenie „Uchala” i jego ludzi, odpowiedziano, że to niemożliwe, bo ci panowie nie składają PIT-ów. W rzeczywistości pracownicy skarbówki, po prostu bali się bandytów.

Sławomir O. posiadał też doskonałe układy z lokalną policją. Poniższe wydarzenie, opisywał reportaż „Mafioso znad Buga”, który ukazał się w Tygodniku Ostrołęckim w 1991 roku:

„Wyszków, 27 marca 1991 roku, godzina 19.30. W kawiarni Marlin mieszczącej się w centrum miasta, w pobliżu budynku komendy policji siedzi dwóch młodych policjantów: Jerzy J. oraz Artur Sz. W pewnym momencie podchodzi do nich Sławomir O., uznawany za szefa miejscowych opryszków, zwany „Uchalem”, wraz ze swoim kompanem Arturem K. „Uchal” proponuje policjantom wspólną wódkę. Odmawiają jednak i wychodzą. Po wyjściu z kawiarni „Uchal” poszczuł jednego z policjantów psem, drugiego uderzył pięścią w głowę. Dzień wcześniej „Uchala” zatrzymała ostrołęcka drogówka i zawiozła na komendę do Wyszkowa.”

Jakiś czas później, oficer policji  wojewódzkiej z Ostrołęki, podczas pobytu służbowego w komendzie wyszkowskiej, odnotował w raporcie, że miejscowi policjanci są z Uchalem po imieniu, zwracają się do niego per Sławeczku. Zaraportował też, że w mieście obserwowano radiowozy, które grzecznie odjeżdżały, kiedy tylko pojawiały się auta bandytów.

Relacje Uchala z policjantami wskazywały na to, że miejscowi funkcjonariusze od lat byli przez niego terroryzowani i woleli nie wchodzić mu w drogę. Byli też w znacznym stopniu skorumpowani. Zdarzało się że w 15 min do złożenia zawiadomienia, gangsterzy dostawali telefon z komendy.

Przestępcy czuli się co raz bardziej bezkarni i pewni siebie. Prokurator rejonowy Zbigniew Siejbik, który zaczął uważnie przyglądać się bandzie „Uchala”, w marcu 1998 roku został napadnięty i pobity. Nie wiele brakowało aby został zatłuczony na śmierć kijami bejsbolowymi.

Co raz bardziej radykalne środki dotykały tez zwykłych mieszkańców. Małżeństwo Dzięgielewskich, którym skradziono mercedesa, postanowiło się postawić bandytom i odmówić wpłacenia wykupki. Auto spalono a ofiary zaczęły dostawać listowne i telefoniczne pogróżki.

Przestępcom postawił się także Wojciech Chodkowski, restaurator i właściciel hurtowni. Przedsiębiorcy powybijano okna w domu a następnie podpalono hurtownię. Mężczyzna jednak nie ugiął się. Namówił lokalnych biznesmenów aby wspólnie postawili opór gangsterom. W 2000 r. stanął na czele Zrzeszenia Kupców, które z organizacji środowiskowej zmieniło się w bastion samoobrony społecznej. Przestępcy znów próbowali go zastraszyć podkładając mu bombę pod domem. Przy pomocy lokalnych gazet, wyszkowscy kupcy nagłośnili już jednak swoje problemy. To spowodowało, że ożywiła się policja i prokuratura.

Ludzie nabrali odwagi, a wydarzeniami w mieście zainteresował się sam ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Polityk postanowił wymienić okręgowych prokuratorów, gdyż uznał, że to właśnie na tym poziomie organów ścigania dochodzi do zaniedbań. Wówczas sprawa ruszyła do przodu.

Jesienią 2000 roku grupa wyszkowskich policjantów została wydalona ze służby za współpracę z przestępcami. Zostali aresztowani i stanęli przed sądem.

11 lutego 2001 w szpitalu kardiologicznym w Warszawie-Aninie policja zatrzymuje „Uchala”. Trafia on do aresztu.

25 lutego 2001 r. w nadawanym na żywo z Wyszkowa, programie „Pod napięciem” jeden z gangsterów mówi wprost do kamery, że ma swoje wtyki w policji. Dwa tygodnie wcześniej brał udział w próbie odbicia Uchala, sprzed budynku sądu. Do aresztu trafił dopiero po występie w telewizji.

Aresztowanie Sławomira O. nie oznaczało jednak koniec działania gangu. Mówiło się, że gangster dowodzi grupą z celi aresztu.

Podczas jego nieobecności rządy w mieście próbował przejąć jego były podwładny Robert T.ps. „Buhaj”.

Latem 2002 roku, Buhaj, jego zastępca Rambo oraz dwóch innych buntowników, siedziało w czarnym BMW 530, w pobliżu plaży nad Bugiem. Nagle nadjechał opel, z którego wyskoczyło dwóch mężczyzn z bronią automatyczną. Otworzyli ogień. Dwóch mężczyzn zginęło, a Buhaj i Rambo z poważnymi ranami trafili do szpitala.

Jesienią 2003 roku Centralne Biuro Śledcze przeprowadziło zmasowany atak na gangsterów z Wyszkowa i okolic. 200 antyterrorystów uderzyło jednocześnie na mieszkania kilkudziesięciu przestępców. Aresztowano 24. W następnej akcji wpadło 5 kolejnych. Łącznie podczas aresztowań w okolicach Wyszkowa zatrzymano i aresztowano 40 przestępców.

Kilku gangsterów od razu dobrowolnie poddało się karze. Marek D. „Wacek”, poszedł na współpracę, zaś niejaki „Koczis” został świadkiem koronnym. Wybór świadka koronnego, okazał się jednak prawdziwym niewypałem, gdyż biegli sądowi orzekli, że jest on opóźniony intelektualnie i jego zeznania niewiele są warte.

Proces ciągnął się przed sądem w Ostrołęce. W czerwcu 2007 r. ogłoszono wyroki. „Uchal” dostał 14 lat więzienia i kilkaset tys. złotych grzywny na rzecz poszkodowanych. Wyrok był nieprawomocny. Sprawa wracała wielokrotnie do sądu, kolejne orzeczenia zaskarżała albo obrona, albo prokuratura. Po latach procesowych zawirowań, „Uchal” finalnie opuścił mury aresztu i wrócił do Wyszkowa.

 

Marek C. „Rympałek”

Marek C. „Rympałek”

fot.Marek C.

Marek C. ps. Rympałek urodził się w 1963 roku na warszawskiej Pradze-Południe. Posiada wykształcenie podstawowe. W młodości uprawiał sporty walki – głównie zapasy i boks. Przestępczą karierę zaczynał jak wielu w tamtym okresie, od stania na bramkach lokalnych klubów.

 

Tam też nabył znajomości w przestępczym światku i zaczął tworzyć wokół siebie zaczątki grupy przestępczej. Wraz z kompanami zajmował się przede wszystkim paserką i kradzieżami.  Jego pseudonim wziął się właśnie od metody włamu zwanej „na rympał”, czyli siłowej, brutalnej.

Kiedy jego grupa zaczęła się rozrastać w pierwszej połowie lat ’90, przyłączyła się do grupy pruszkowskiej.  Jego ludzie byli jednym ze zbrojnych ramion podwarszawskiego gangu.

Pozycja Marka C. niebyła wówczas jednak zbyt wysoka. Liczono się z nim, jednak nie miał dojścia do „dużego stołu”. Wszystko zmieniło się kiedy w 1994 roku aresztowano „Pershinga”. Rympałek wówczas usamodzielnił się a jego banda powiększała swoje szeregi.

Grupa zajmowała się przede wszystkim ściąganiem haraczy i rabunkami. Marek C. stał jednak zawsze w cieniu, a jego pseudonim nie trafiał na pierwsze strony gazet.

W końcu, w maju 1995 roku, w Gazecie Stołecznej, ukazał się artykuł zatytułowany „Jak Pershing i Rympałek haracze zbierali”. Możemy w nim przeczytać:

„- Podczas zatrzymania Cezarego D. policja znalazła listę agencji towarzyskich opłacających się grupie „Pruszków – Rympałek”. Z salonu masażu na Dolnym Mokotowie wzięli 14 mln starych złotych, z agencji w Śródmieściu – 750 dolarów, z kolejnej, na Żoliborzu – 30 mln starych złotych.

Liderem grupy był 34-letni Marek C. „Rympałek”. Pierwszy raz usłyszeliśmy o nim, gdy do sądu trafiła sprawa gangu ściągającego haracze w agencjach towarzyskich. Jego ludzie przedstawiali się właścicielom: jesteśmy od „Rympałka” i zostawiali kontakt na pejdżer.

W grypsach z aresztu wspominał o „Rympałku” Andrzej K. „Pershing”, uważany za bossa „Pruszkowa”. Po aresztowaniu „Pershinga” „Rympałek” usamodzielnił się i stworzył własną bandę.-„

Ta banda, stała się jednak wkrótce potężnym gangiem. Jeden z oskarżonych w procesie grupy Marka C. mówił przed sądem -„Rympałek od Skierniewic do Otwocka miał ponad 300 ludzi na zawołanie.”  W połowie lat ’90 grupa Rympałka rozrosła się do potężnych rozmiarów i stała się najgroźniejszym gangiem w stolicy. Obawiali się go nawet tzw. „starzy pruszkowscy”.

Po Marku C. najważniejszymi osobami w grupie byli Krzysztof B. pseudonim „Ziomal” oraz Jacek S.

W 1995 roku gang dopuścił się całej serii napadów.

W lutym, pod Zakroczymiem, gangsterzy na czele z „Ziomalem”, zostali niespodziewanie zatrzymani przez patrol drogówki. Mężczyźni jechali kradzionym audi. Kiedy „Ziomal” zauważył, że jego kompana zakuwają w kajdanki, wyszedł z auta i zastraszył policjantów pistoletem.

Rozkuł kolegę, zabrał policjantom broń, po czym odjechał ich radiowozem, zawłaszczając przy okazji znajdującego się w nim kałasznikowa.

W marcu, gangsterzy zaplanowali obrabowanie autokaru, który miał zawieźć wycieczkowiczów do Turcji. Do napadu doszło w Sękocinie pod Warszawą. Przestępcy okradli niedoszłych turystów z pieniędzy i biżuterii. Ich łupem padło wówczas 166 tys.zł.

W lipcu, pod bankiem przy ul. Puławskiej napadnięto biznesmena, zabierając mu walizkę, w której znajdowało się ponad 200 tys. zł.  Podczas tej akcji gangsterzy zastraszyli ofiarę, wyciągając kałasznikowa ukrytego w wózku dziecięcym.

W tym samym miesiącu, upozorowano  napad na konwój pod Poznaniem. Przestępcy w zmowie z konwojentami zgarnęli prawie 60 tys marek niemieckich.

Także w lipcu gang dopuścił się kradzieży 75 pistoletów P-64 z 42. pułku lotniczego na Bemowie.

Samym napadem kierował Marek C. a zrabowana broń, według prokuratury ukryta została w willi Zbigniewa K. ps. „Ali” z Pruszkowa.

Ul. Zamiany 13/ google

Największy i najgłośniejszy napad jakiego dopuściła się grupa Rympałka miał miejsce 28 listopada na ul. Zamiany, na warszawskim Ursynowie.  Łupem gangsterów padło wówczas ponad milion dwieście tysięcy złotych, przeznaczonych na wypłaty dla pracowników zakładu opieki zdrowotnej. Przebieg tego zuchwałego rabunku był następujący:

Rano 28 listopada w okolice lecznicy przy ul. Zamiany 13, gangsterzy podjechali fordem transitem i audi. W furgonie niejaki „Pinokio” rozdzielił dwa kałasznikowy i dwa pistolety automatyczne „scorpion”.

Ok. godz. 9 czterech konwojentów i kasjerka pojechali do banku. Kasjerka zapakowała do walizki i torby podróżnej 1 mln 202 tys. zł. Pieniądze wrzuciła do bagażnika reno.

Dochodziła godz. 11, gdy tuż przed budynkiem przy ul. Zamiany, reno został zablokowany przez transita i audi 80. Z furgonetki wyskoczyło czterech mężczyzn w kominiarkach  -Jacek S., „Idzik”, „Delfin” i „Pinokio”. Kolbami wybili szyby w aucie konwojentów, wyciągnęli ich z samochodu i rzucili na ziemię. Kiedy dowódca konwoju Leszek K. sięgnął po broń. „Pinokio” strzelił mu w rękę.

Inny z przestępców – „Remek” tzw. urywką otworzył bagażnik reno, zabrał torby i wpadł z nimi do transita. Za nim ruszyli kumple. Kierowca ruszył z piskiem opon, ale u wylotu ul. Stokłosy, zderzył się z mazdą. Przestępcy wyskoczyli z wozu i pobiegli na parking, gdzie przesiedli się do forda sierry i nissana primery. Człowiek o pseudonimie „Biały”, który spod kościoła przyglądał się akcji, spokojnie odjechał taksówką. Potem w umówionym lokalu „Rympałek” podzielił łup pomiędzy uczestników napadu.

Ciekawie wygląda relacja z tego napadu opowiedziana z perspektywy konwojentów.

Okazało się bowiem, że tylko dowódca konwoju Leszek K, który przez 22 lata pracował w Biurze Ochrony Rządu, miał ostrą broń. Maciej M., adept judo i karate – podczas napadu zemdlał: „Zrobiło mi się biało, potem ciemno, ocknąłem się na jezdni”- powiedział przed sądem. Waldemar S., 40-letni mężczyzna, który dwa razy nie zdał egzaminu, ubiegając się o pozwolenie na broń, powiedział z kolei: „Po strzale złapałem duży łyk powietrza i zamknąłem oczy”. Poruszył się dopiero gdy kasjerka powiedziała „niech pan wstanie, już odjechali”.

Rympałka aresztowano w maju 1996 roku. Wraz z nim za kartami znalazło się wielu kompanów.

Oskarżono go o kierowanie gangiem i organizowanie napadów. Do tego doszedł pozornie błahy zarzut, pobicia dwóch studentów w klubie bilardowym huki-puki. Jego grupa według organów ścigania funkcjonowała od  wiosny 1993 r. do kwietnia 1996 r. Prokuratorskie śledztwo objęło 39 przestępstw kryminalnych dokonanych przez członków gangu.

W czerwcu 1998 roku prokurator zażądał dla 21 oskarżonych, łącznie  243 lat więzienia i ponad 1 mln zł grzywny. Dla Marka C. za kierowanie gangiem i planowanie napadów rabunkowych z bronią w ręku –  25 lat więzienia i 250 tys. zł grzywny. Dla trzech najważniejszych ludzi w jego grupie również 25 lat. Dla pozostałych ośmiu członków gangu od siedmiu do 15 lat więzienia. Reszta z 21 oskarżonych miałaby dostać od dwóch lat w zawieszeniu do 12 lat pozbawienia wolności.

Media uważnie przyglądały się procesowi. Prasa o Marku C. pisała : „Rympałek” ze zdjęcia w aktach: 35 lat, ale wygląda na więcej – niski, krępy, łysiejący blondyn. Niemodne okulary w drucianej, złotej oprawie, złoty sygnet i łańcuch na przegubie. Z aktu oskarżenia: wykształcenie podstawowe, bez majątku. Zatrudniony był w zakładzie jubilerskim brata. W prokuraturze podał, że zarabia 400 zł miesięcznie, ale mówił też, że płacił za wynajęcie mieszkania na Gocławiu kilkaset dolarów. A wynajmował jeszcze pół segmentu w Pruszkowie. Jeździł, z kierowcą i ochroniarzami, limuzyną – toyotą avalon, w której wygodnie mieści się sześć osób. Nie był karany.:”

We wrześniu 1998 roku zapadły wyroki. Od 1,5 roku do 15 lat więzienia.2 mężczyzn uniewinniono. Rympałek dostał 10 lat za kierowanie gangiem i pobicie studentów.

Był to pierwszy po wprowadzeniu nowego prawa karnego wyrok w sprawie przestępczości zorganizowanej. Tym samym Rympałek został jako pierwszy w historii skazany przez Warszawski sąd za kierowanie grupą przestępczą.

W 2000 roku, wszystkie wyroki podtrzymał sąd apelacyjny a w 2002, ostatecznie zatwierdził je sąd najwyższy. W międzyczasie przeciwko Markowi C. ruszyło osobne postępowanie dotyczące zlecania napadów.

W 2003 roku został ponownie oskarżony, tym razem o handel narkotykami. Miał on je dostarczać min. gangsterowi z Katowic, Krystianowi S. ps. Młody Sajmon. Ten ostatni zaś miał je rozprowadzać w katowickich dyskotekach. W narkotykowych interesach Rymapałek miał blisko współpracować z Jerzym W. ps. Żaba, z grupy pruszkowskiej.

Dwa lata później ogłoszono wyrok w sprawie organizacji napadów.  Rypałek został ogłoszony winnym zorganizowania serii rabunków i otrzymał w tej sprawie karę 8 lat pozbawienia wolności. Paradoksalnie był to dla niego korzystny wyrok. Mógł on bowiem ubiegać się o połączenie wyroków z dwóch procesów i dzięki temu znalazł się na wolności już w kwietniu 2006 roku.

Zniknął z oczu organom ścigania zaraz po opuszczeniu murów więzienia. Zaledwie dwa lata później w kwietniu 2008 roku został zatrzymany przez CBŚ w Wilanowie. 45- letni wówczas Rympałek, miał odbudowywać struktury przestępcze przy współpracy z ludźmi Rafała S. „Szkatuły”.  Podburzał ponoć gangsterów do wojny gangów w stolicy.

Dowody okazały się jednak za słabe. Marek C. ponownie wyszedł na wolność i znów z niknął z oczu policji. Wypłynął w październiku 2010 roku, ponownie wpadając w ręce funkcjonariuszy.

W lipcu 2012 roku postawiono mu zarzuty kierowania grupą przestępczą w latach 2006-2010.Zdaniem prokuratury, przez ten czas, Marek C. kierował nowym gangiem, który w tym czasie handlował narkotykami i bronią, wymuszał haracze i dopuścił się zabójstwa członka gangu.

W marcu 2017 zapadły wyroki. 16 gangsterów usłyszało wyroki – od 4 do 25 lat więzienia. Marek C. , ps. „Rympałek” oraz Marek R. i Jerzy B. otrzymali najwyższy wymiar kary. Uznano, że Marek C. zlecił a dwaj pozostali mężczyźni dokonali zabójstwa jednego z gangsterów, podejrzewanego o współpracę z organami ścigania.

Wyrok jest nieprawomocny, jednak 55-letni dziś Rympałek, dał dowód na to, że w jego przypadku coś takiego jak resocjalizacja nie istnieje. Najprawdopodobniej nie prędko opuści więzienne mury.

„Al Capone” znad Dunajca

„Al Capone” znad Dunajca

fot. Ryszard. Ch. brat Władysława „Ala Capone” / PAP 

49-letni dziś Władysław Ch., pochodzi z Gabonia, malowniczej, górskiej wioski, leżącej w powiecie nowosądeckim. Od młodych lat trenował w przydomowej siłowni, wraz z młodszym o trzy lata bratem Ryszardem.

 

Swoją siłę fizyczną wykorzystał już wieku 16 lat, kiedy to znokautował nauczyciela języka polskiego.  Jego brat zaś, trafił do policyjnych kartotek, od razu po odebraniu dowodu osobistego. Co raz częściej zdarzało się ze Ch. kogoś pobili lub dopuścili się chuligańskich  wyczynów.

Traktowano te zajścia wówczas jako łobuzerskie wybryki. Nikt nie spodziewał się, że starszy z braci Ch. zostanie wkrótce gangsterem, terroryzującym całą Sądecczyznę i Podhale. Nie jasne jest pochodzenie jego pseudonimu Al Capone, wiadomo natomiast, że nazywano go także Dużym Władkiem, Gabończykiem czy Bacą.

Władysław Ch. ukończył rolniczą zawodówkę o profilu ogrodniczym. Nie zajął się jednak pracą w wyuczonym zawodzie. Otworzył za to, na początku lat ’90, dwa sklepy w rodzinnej miejscowości.

W tajemniczy sposób, inne sklepy w okolicy padały regularnie ofiarą podpalaczy. Bracia Ch. dzięki temu uzyskiwali monopol na sprzedaż wielu artykułów.

Zyski ze sklepików nie zaspokajały jednak ich potrzeb. Wraz z 10 najbardziej zaufanymi kolegami, weszli w handel narkotykami i alkoholem bez akcyzy. Doszły to tego haracze, zbierane od restauratorów, właścicieli salonów masażu czy agencji towarzyskich.

Mechanizm działania gangu nie był skomplikowany – najpierw do lokalu wpadali wynajęci, przez bossa z Gabonia bandyci, po czym demolowali jego wnętrze. Następnie do środka wchodził sam Władysław Ch. , i  proponował swoja ochronę.

Opornych nie było zbyt wielu. Jeśli się pojawiali, czekało ich łamanie kości czy obcinanie uszu.

Grupa braci Ch., była typowo ulicznym gangiem. Nie posiadała koneksji w świecie polityki czy biznesu, słynęła za to z brutalności i bezwzględności wobec oponentów.

Dzięki swej krwawej opinii, gang podporządkowywał sobie kolejne tereny. Bandyci planowali nawet przejęcie krakowskiego półświatka.  Przestępcy, którzy chcieli dokonać rabunku czy napadu na terenie należącym do Capone, musieli prosić o jego zgodę. Jeśli ją otrzymali, przekazywali mu spory procent od zgarniętego łupu.

Groźny gangster, został jednak wreszcie dorwany przez policję. Zatrzymano go na drodze w Starym Sączu, na początku 1998 roku. Antyterroryści wywlekli go z samochodu i odwieźli do aresztu.

Już rok później, został prawomocnie skazany na 8 lat więzienia, za wymuszanie haraczy i rozboje. Nie przeszkadzało mu to jednak w dalszym kierowaniu gangiem. Jego młodszy brat, również zatrzymany w tamtym czasie, został wypuszczony na wolność już po kilku miesiącach i stał się pośrednikiem między Władysławem a członkami grupy.

Zachęcony krótką odsiadką Ryszard, postanowił napadać na plebanie. Do pierwszego rabunku doszło w Starym Sączu. Bandyci zaskoczyli śpiącego księdza, zakneblowali taśmą samoprzylepną i związali mu ręce. Zabrali niemal 150 tys. zł przeznaczonych na remont kościoła. Takie napady powtórzyły się jeszcze kilkukrotnie.

Sytuacja przestępców, zmieniła się jednak diametralnie, kiedy  pod koniec 2000 roku, śledczy w okolicach Nowego Sącza, odkopali ciała czterech ofiar,  gangsterskich egzekucji.

Jak ustalono w toku śledztwa pierwszą ofiarą był Paweł G., przestępca, który postawił się bossowi.  W 1996 roku, wywabiono go pod pretekstem kolejnego napadu, a następnie pobito, skuto kajdankami i z pękniętą czaszką wrzucono do Dunajca.

Podobny los spotkał innego buntownika, Leszka J. ps. Lechman. Ten z kolei, jako lider własnej grupy, nie zamierzał dzielić się zyskami z braćmi z Gabonia. Był znanym w Nowym Sączu przestępcą, po licznych wyrokach.  I to w tym mieście, zakończył swój żywot. W maju 1999 roku, późnym wieczorem wracał z dziewczyną, do swojego mieszkania przy ul. Tuwima. Gdy otwierał drzwi klatki, otrzymał postrzał w głowę. Napastnik uciekł do zaparkowanego w pobliżu BMW, gdzie czekał na niego kierowca. Lechman zmarł po kilku godzinach w szpitalu.

Zlecenie tego zabójstwa, z celi więzienia, wydał sam Al Capone. Zrobił to przez dostarczony mu przez klawisza telefon komórkowy.

Kolejną ofiarą bandy był Bogdan P. – kasiarz i złodziej starszego pokolenia. Młodzi gangsterzy zaczęli podejrzewać go o to, że oszukuje ich przy każdym wspólnym skoku. Do tego doszła kłótnia o kobietę z Ryszardem Ch., i los Bogdana P. był już przesądzony.

O przebiegu tego morderstwa, opowiedział śledczym, jeden z członków gangu, skruszony przestępca Krzysztof Ł. ps. „Łyli”  /górski krajobraz Gabonia

– Zabójców było kilku. W majowy wieczór jeden wywabił Bogdana P. z domu, pod pozorem napadu na leśniczego. Samochodem ofiary pojechali nad Dunajec koło Starego Sącza. Gdy weszli na leśną ścieżką, nagle zjawił się Ryszard Ch. Nic nie mówiąc, wypalił pół magazynka pistoletu w głowę kasiarza, po czym rannego dobił znajomy Ukrainiec.

Bracia Ch. zapakowali zwłoki do bagażnika i zawieźli pod swój dom w Gaboniu. Stamtąd zabrali łopatę, środki chemiczne i nasiona trawy. „Łyli” zasiadł za kierownicą samochodu z trupem. Reszta z przodu ruszyła drugim autem.

Po pewnym czasie zostawili auta i ruszyli na piechotę. Ciało z workiem foliowym na głowie nieśli bracia Ch. Kiedy się zmęczyli, zaczęli je ciągnąć pod górę. Dół czekał. Ryszard Ch. skakał po zwłokach, żeby lepiej przywarły do ziemi. Następnie polał je żrącym kwasem, utrudniając ewentualne rozpoznanie. –

Z rąk Gaboniowców ginęli kolejni gangsterzy. Grzegorz C. ps. „Korab” nie tylko odmówił płacenia działki braciom Ch. ale nasyłał też na nich swoich ludzi. Wydano na niego wyrok, więc w obawie przed zemstą uciekł na Ukrainę. Wrócił, kiedy Włodzimierz Ch. został zatrzymany. Polowanie na „Koraba” jednak trwało nadal. Zginał razem z kolegą, Ryszardem G., ps. „Wolwo”.

Zastrzelony został też Tomasz M., który postanowił handlować alkoholem, bez wiedzy bossa. Egzekucje wykonał osobiście Ryszard Ch. To również on zabił wspólnika Jerzego W., który zginął bo Ryszard Ch. podejrzewał, że może na niego donieść policji. Z kolei Andrzejowi K. z Tarnowa, poderżnięto gardło, po czym dobito kilkoma strzałami. On także próbował działać na własną rękę.

W trakcie śledztwa co jakiś czas pojawiały się kolejne trupy. Śledczy szacowali, że może ich być nawet kilkanaście.

Kiedy wokół zabójstw robiło się coraz więcej szumu, Ryszard Ch. i jego człowiek Sebastian W. zapadli się pod ziemie. List gończy trafił do Interpolu. Dzięki podsłuchom, CBŚ z Nowego Sącza ustaliło, że gangsterzy uciekli do USA i pod zmienionymi nazwiskami, zamieszkali w jednej z bogatszych dzielnic Nowego Yorku. W akcję zatrzymania przestępców, zaangażowane było nawet FBI.Po namierzeniu, z której budki telefonicznej dzwonią do Polski, zostali zatrzymani i przewiezieni do kraju.

W tym czasie w więzieniach siedziała już większość członków gangu. Procesy toczące się przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu, prowadzono przy zaostrzonych środkach bezpieczeństwa. Na czas dowożenia oskarżonych z różnych więzień i aresztów, zamykano część ulic w centrum miasta.
W sali rozpraw zamontowano kuloodporną klatkę. Bandyci wchodzili tam w pomarańczowych kombinezonach dla szczególnie niebezpiecznych przestępców, z rękami i nogami skutymi łańcuchami.

W listopadzie 2003 r. pięciu zabójców, w tym bracia Ch., zostało skazanych na kary dożywotniego pozbawienia wolności. W wyroku zawarto uwagę, że przywódcy gangu o warunkowe wcześniejsze zwolnienie będą mogli ubiegać się po 40 latach. Dwa lata później usłyszeli wyroki dożywocia za kolejne udowodnione im morderstwa. Pozostali członkowie grupy Capone, w licznych procesach zostali skazani na kary od 6,5 do 25 lat pozbawienia wolności. Część z nich już wyszła lub wkrótce wyjdzie z więzienia.

Bracia Ch. z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie opuszczą już murów więzienia. Jest to jeden z nielicznych sukcesów polskiego wymiaru sprawiedliwości, w zakresie zorganizowanych grup przestępczych działających w latach ’90.