Gang „Mutantów”

Gang „Mutantów”

Powstały pod koniec lat 90. gang „Mutantów”, zwany inaczej „grupą piastowską, zrzeszał czołowych stołecznych zawodowych morderców i złodziei samochodów. Napakowani sterydami bandyci słynęli z niesłychanej brutalności: napadali na tiry, handlowali narkotykami, zajmowali się kradzieżami, porywali dla okupu, a także zabijali na zlecenie. Początkowo gangsterzy stanowili zbroje ramię grupy markowskiej gangu, na którego czele stał Andrzej C. ps. „Kikir”. W sierpniu 2000 roku liderzy bandy Mutantów – Robert Cieślak ps. „Cieluś” wraz z Jerzym Brodowskim ps. „Mutant” vel „Jurij”  bez wiedzy i zgody „Kikira” porwali 17-letniego Michała, syna wyszkowskiego biznesmena. Doszło wówczas do ostrego konfliktu i rozłamu w grupie. Od tej chwili Cieślak i Jurij postanowili prowadzić działalność na własną rękę oraz przejąć interesy bossa z Marek, przy okazji pozbywając się go.

Po raz pierwszy Andrzeja C. zaatakowano 24 września 2000 roku, kiedy to wraz z obstawą wracał z dyskoteki. Ostrzelano jego samochód, raniąc przy tym szefa gangu i jego żonę. Do szpitala przy ul. Szaserów w Warszawie, gdzie trafił „Kikir”, Mutanci próbowali dostać się wielokrotnie. Udało się to jednak dopiero 20 października Ukraińcowi o pseudonimie „Alik”. Zabójca do szpitalnej sali  dostał się w przebraniu księdza i dokończył egzekucję, oddając 16 strzałów do leżącego na łóżku gangstera. Pół roku później sam „Alik” został zamordowany przez nieznanych sprawców.

W nocy 23 marca 2002 roku w miejscowości Parole na jednej z posesji namierzono skradzionego TIR-a wypełnionego sprzętem RTV o wartości prawie 700 tys. złotych. Kiedy niewielki patrol policji zaczął zabezpieczać towar, nadjechały trzy samochody, z których wybiegło kilkunastu uzbrojonych mężczyzn. Była to grupa Mutantów, przekonana, iż konkurencyjny gang właśnie próbuje przejąć ich towar. Gangsterzy bez słowa otworzyli ogień do policjantów, zabijając na miejscu podkomisarza Mirosława Żaka. Mimo licznych wezwań przez radio, na pomoc policjantom nie przybył żaden patrol z pobliskich miejscowości. Z grupą  Mutantów współpracowało kilku policjantów z Mazowsza, głównie z Pruszkowa, Piastowa i Wyszkowa, co może tłumaczyć pewien parasol ochronny, jakim cieszyli się bandyci.

„Krzyczeliśmy, że jesteśmy z policji” – opowiada jeden z funkcjonariuszy. Odpowiedziano nam tylko: My też. Z nimi nie było żadnej dyskusji – dodaje. Przyjechali po skradzione przez nich telewizory plazmowe warte blisko milion złotych. Pomylili nas z bandą, która kilka godzin wcześniej próbowała im ten towar odbić. Byli gotowi zabić nas wszystkich. 

Kiedy w Parolach pojawił się pierwszy ratunkowy odział policji, gangsterzy już dawno uciekli. Po akcji w Parolach  policja przypuściła zmasowany szturm na gang  piastowski. Za punkt honoru postawiono sobie złapanie zabójców policjanta. W efekcie za kraty trafiło 26 szczególnie niebezpiecznych przestępców, przechwycono kilka arsenałów broni, a także zlikwidowano niemal zupełnie kilka gangów grasujących w okolicach Piaseczna, Piastowa i Pruszkowa.

Pierwszy w ręce policji wpadł młodszy brat „Jurija” – Mirosław  z czym paradoksalnie wiąże się komiczna historia. 20-letni Mirosław Szuryga, będący wtedy w dziesiątce najniebezpieczniejszych przestępców w kraju, poszukiwany był  za współudział w zabójstwie, zabójstwo i szereg napadów rabunkowych z bronią w ręku. 15 lipca 2002 r., będąc na liście poszukiwanych, postanowił napaść na starszą panią listonosz podróżującą po opłotkach Grodziska Mazowieckiego wysłużonym rowerem. Staranował ją swoim fiatem i ukradł torbę. Pechowo jednak w czasie ataku złapał gumę i postanowił uciekać na piechotę. Wtedy w pogoń za nim ruszyli  dwaj miejscowi strażacy. Złapali bandytę i zawlekli do remizy. Rozpoczęli przesłuchanie z użyciem gaśnicy. Pobity napastnik po kilkunastu minutach sam ubłagał strażaków, by wezwali policję.

Jerzy Brodowski ps. „Jurij” został z kolei zatrzymany jako ostatni. Oskarżany o zabójstwo policjanta w Parolach, początkowo otrzymał wyrok 15 lat pozbawienia wolności,  później natomiast  zmniejszono go do lat 12. Nie wszyscy członkowie bandy zasiedli jednak na ławie oskarżonych. W nocy z 5 na 6 marca  2003 roku ukrywający się Robert Cieślak oraz Białorusin Igor Pikus, czekając na przyjazd policji, zabarykadowali się w willi stojącej przy ul. Środkowej w podwarszawskiej Magdalence.

Robert Cieślak ps. „Robinson vel Cieluś urodził się w 1975 roku. Już na początku lat 90. podejrzewany był o makabryczne zabójstwo chłopaka handlującego sprzętem elektronicznym.  Świadkowie oskarżający Cieślaka szybko jednak wycofali swoje zeznania. W połowie lat 90. związał się z Brodowskim i razem zaczęli współpracować z grupą wołomińską. Przestępcy napadali na tiry, kradli samochody, dokonywali napadów rabunkowych, organizowali porwania i mordowali na zlecenie. Po pozbyciu się bossa z Marek  – „Kikira” i wzięciu udziału w kilku zabójstwach Cieślak stał się jednym z najgroźniejszych polskich gangsterów. Grupa, na czele której stali Cieślak i Brodowski, wkraczała na tereny grup przestępczych z Pruszkowa, Raszyna, Janek, Ożarowa Mazowieckiego, Wołomina, Ząbek, Marek, Wyszkowa, Góry Kalwarii i poszczególnych dzielnic Warszawy.

Drugi z bandytów, Igor Pikus, były żołnierz KGB, posługiwał się również nazwiskiem Aleksander Wołodin. Pod takim właśnie nazwiskiem znany był w województwie Lubuskim, gdzie mieszkał i  skąd wyruszał do Niemiec, by kraść samochody. Tam też go  zatrzymano, jednak udało mu się uciec z więzienia podczas jednego z policyjnych transportów. Pikus poszukiwany był międzynarodowym listem gończym za gwałt i udział w bójce. Podejrzewano go również o 7 zabójstw na zlecenie i dokonanie zamachu bombowego na Białorusi.

Przez ostatni rok bandyci byli  bezskutecznie poszukiwani za udział  w strzelaninie w Parolach. Gangsterom w ukrywaniu się pomagała narzeczona Cieślaka, za co została później skazana. Przestępcy spodziewali się najazdu policji na ich kryjówkę, jednak nie zamierzali się poddać. Postawili wszystko na jedną kartę. Posiadali kilkadziesiąt sztuk broni, amunicję i granaty, a posesję zaminowali bombami domowej roboty. Do akcji w Magdalence wysłano aż 40 policjantów. Minutę po rozpoczęciu szturmu przez antyterrorystów przed drzwiami domu wybuchła pierwsza bomba-pułapka. W jej obudowie były śruby i kawałki metalu, które po eksplozji trafiały funkcjonariuszy. Zginęli wówczas dowódca grupy szturmowej i jeden z policjantów, a kilkunastu innych odniosło obrażenia. Z okna na piętrze poleciały na antyterrorystów granaty. Akcja zamieniła się w regularną bitwę.

Jeden z uczestników akcji wspomina: „Rozpętało się piekło. Koledzy leżeli ranni, wszyscy krzyczeli. Dostałem odłamkiem w nogę, odczołgałem się kawałek i strzelałem do okna. Ale nikogo nie było widać, bo bandyci tylko wychylali rękę z okna i siali pociskami. Rannych było 18 komandosów. Krzyki „Policja!” nie robiły na Pikusie i Cieślaku żadnego wrażenia”.

Wymiana ognia trwała prawie półtorej godziny. W budynku pierwszy zginął Cieślak, podobno przed śmiercią zadzwonił do narzeczonej, aby się pożegnać. Walka zakończyła się dopiero, gdy dom stanął w płomieniach. Straż pożarna nie mogła skutecznie przystąpić do akcji, gdyż istniało zagrożenie dalszymi wybuchami. Częściowo spalonym budynkiem jeszcze o 7 rano wstrząsnęły dwie eksplozje. Policyjni pirotechnicy, którzy jako pierwsi weszli do willi, w ciągu następnych kilku godzin znaleźli i unieszkodliwili kolejne bomby. Po południu na poddaszu znaleziono zwęglone zwłoki bandytów. Do dziś nie jest pewne, czy gangsterzy zmarli z powodu zaczadzenia czy od wybuchu granatu. Podczas tej akcji doszło do rażących błędów i pomyłek ze strony policji, za które dowodzący akcją stanęli przed sądem. Wszyscy jednak zostali uniewinnieni. W walce z bandytami śmierć ponieśli nadkomisarz Marian Szczucki oraz podkomisarz Dariusz Marciniak.