Gangi Bydgoszczy („Książę”, „Lewatywa”, „Kadafi”)

Gangi Bydgoszczy („Książę”, „Lewatywa”, „Kadafi”)

fot. auto „Księcia” po wybuchu / wykop.pl

Waldemar W. ps. „Książę” już w młodości popadł w konflikt  z prawem. Na początku lat 80. trafił do poprawczaka, a przed sądem po raz pierwszy stanął w wieku lat 18. Skazano go na dwa i pół roku więzienia za włamanie do pawilonu „Jacek” na bydgoskich Bartodziejach. Po raz kolejny Waldemar W. za kraty trafił w 1989 roku. Otrzymał wtedy wyrok 4 lat pozbawienia wolności za napad i posiadanie fałszywych dokumentów.

 

Na początku lat 90. „Książę”, noszący wcześniej pseudonim „Hiszpan”, zorganizował wokół siebie grupę przestępców, z którymi zaczął przejmować interesy w bydgoskim półświatku. Gang wyłudzał towary i kredyty, egzekwował długi i wymuszał okupy. W pewnym momencie o wyczynach Waldemara W. stało się na tyle głośno, że tygodnik „Wprost” umieścił go na liście 10 najbardziej niebezpiecznych przestępców  w kraju.

W 1996 roku „Książę” wziął udział w głośnym najeździe na hotel Ciniewski pod Włocławkiem. Ponad 60-ciu mężczyzn napadło wówczas na położony nad jeziorem pensjonat w celu zaatakowania jego właściciela, Włodzimierza C., bossa włocławskiego półświatka. Gangsterzy – uzbrojeni w broń palną, kije bejsbolowe i noże – zaczęli demolować budynek, strzelając w jego fasadę i wybijając szyby. Osoby znajdujące się wewnątrz hotelu odpowiedziały ogniem, w wyniku czego rannych zostało dwóch napastników, w tym Jan K., pseudonim „Czyżyk”, najprawdopodobniej organizator całego zajścia. Najazd na hotel miał być pokazem siły, a także odwetem za wcześniejsze zdemolowanie przez ludzi Włodzimierza C. lokalu „Czyżyka”. Gangsterzy uprowadzili również żonę właściciela hotelu a następnie pozostawili ją w lesie. Policja, która przyjechała na miejsce strzelaniny, zatrzymała kilkudziesięciu mężczyzn. Proces w tej sprawie – mimo iż trwał bardzo długo –  zakończył się symbolicznymi wyrokami, gdyż zarówno napastnicy, jak i ofiary solidarnie zasłaniali się niepamięcią.

„Książę” przeżył liczne zamachy na swoje życie. W samym tylko 1999 roku trzykrotnie próbowano go zabić. W lutym na ulicy Dworcowej w Bydgoszczy doszło do wybuchu bomby podłożonej pod jego mercedesem. Stracił wówczas obie stopy. W kolejnym zamachu, na klatce bloku na Bartodziejach, życie „Księcia” uratował jego ochroniarz, który ruszył z bronią na zamachowca. Ochroniarz zginął podczas strzelaniny, a ranny zamachowiec został później skazany na dożywocie. Mówi się, że napastnik został wynajęty przez gang pruszkowski albo powiązanego z nim Henryka M., ps. „Lewatywa”. Ten ostatni początkowo współpracował z „Księciem”, jednak od kiedy postanowił działać pod patronatem gangu pruszkowskiego, drogi gangsterów się rozeszły. W czasie kolejnego ataku na „Księcia” podziurawiono kulami czerwone BMW, którym wracał z żoną do domu. Oprócz zniszczonego auta nikt jednak nie ucierpiał.

„Książę” został skazany za gwałt, którego dopuścił się w połowie lat 90. oraz inne przestępstwa. Wyszedł na wolność dopiero w 2007 roku.

Przez lata nieobecności Waldemar W. stracił swoją pozycję w półświatku. W 2011 roku rozbito najmocniejszą bydgoską grupę przestępczą – gang Tomasz B. ps. „Kadafi”. Dla „Księcia” była to okazja, aby odzyskać straconą pozycję.

Wiosną 2012 roku na policje zgłosił się pracownik PKO w Nakle. Roztrzęsiony mężczyzna opowiedział o tym, jak kilku mężczyzn wywiozło go do lasu i, grożąc maczetami, wyłudziło kilkanaście tysięcy zł. Bandyci nakłaniali również  ofiarę, aby rozprowadzała dla nich narkotyki, grożąc śmiercią w wypadku odmowy. Przestępcy przez cały czas przekonywali pracownika PKO, iż są gangsterami z „górnej półki”. Policji bardzo szybko udało się zatrzymać 5-osobową szajkę mężczyzn w wieku od 21 do 31 lat.  ej liderem okazał się sam Waldemar W. „Książę”. Tego ostatniego policja szukać jednak nie musiała, gdyż przybywał właśnie w zakładzie karnym, skazany wcześniej za inne przestępstwa.

Podczas wywiadu przeprowadzonego w 1999 roku dziennikarka zapytała „Księcia”:

– Nie żal Panu?

– Czego?

– Nóg, życia zmarnowanego…

– … jakiego zmarnowanego? Ja lubię robić to, co dotąd robiłem. Lubię broń, szybkość, adrenalinę. Ja nie mógłbym chodzić do pracy i pensji brać. To jest przecież strasznie nudne.

– Ale tym, którzy prowadzą takie nudne życie, nikt nie podkłada bomb.

– Mówię jeszcze raz, że nie żałuję. Naprawdę, czy się to wam podoba czy nie. Taki już jestem.

 „Lewatywa”/pomorska.pl

Henryk L., znany jako „Lewatywa” vel „Lewy”, na początku swojej gangsterskiej działalności współpracował z Waldemarem W. Przestępcy mieli nawet wspólny proces za ściąganie haraczy, jednak ich drogi rozeszły się, gdy Henryk L. postanowił robić interesy z „Pruszkowem”. Mimo że Lewatywa gościł w Bydgoszczy samego ‘”Pershinga”, mówiono, że nie jest on dla niego partnerem w interesach, a jedynie „dojną krową” dla grupy pruszkowskiej. „Książę” był przeciwny wpuszczaniu obcych do miasta, co w efekcie doprowadziło do licznych zamachów z jednej i z drugiej strony.

W 2000 roku 38-letni Henryk L. wziął ślub cywilny ze swoją 29-letnią partnerką. Kiedy nowożeńcy wracali do mieszkania przy ul. Traugutta, ktoś postrzelił gangstera w plecy. Kula, która prawdopodobnie miała trafić w serce, roztrzaskała „Lewatywie” staw barkowy i poszarpała ścięgna. Po tym wydarzeniu na łamach „Expressu bydgoskiego” pojawiło się oryginalne ogłoszenie.                              Wyznaczono bowiem nagrodę 30 tys. zł za informację lub doprowadzenie do sprawców zamachu na Henryka L. Ogłoszeniodawcy gwarantowali stuprocentową anonimowość.

W tym samym roku doszło również do głośnego  zatrzymania „Lewatywy” na stadionie Polonii. Gangster przyjechał tam swoim mercedesem z dwoma kompanami. Początkowo nie chciano go wpuścić na teren stadionu wejściem dla Vipów, jednak po interwencji któregoś z działaczy otwarto bramę. Mężczyźni, którzy pojawili się z Lewatywą, mieli przypięte do pasków pistolety. Ktoś wówczas powiadomił policję o przyjeździe uzbrojonych mężczyzn. W efekcie „Lewatywa” oraz towarzyszący mu Adam S. i Krzysztof B. zostali aresztowani i skazani na 3 miesiące aresztu za posiadanie broni bez zezwolenia.

Kolejny raz „Lewatywę” aresztowano w 2003 roku. Został wtedy oskarżony o współudział w zabójstwie Piotra Karpowicza, dyrektora bydgoskiego oddziału PZU. Do morderstwa doszło 19 stycznia 1999 roku. Wtedy  to na parkingu pod ubezpieczalnią do Karpowicza podbiegł młody mężczyzna, który postrzelił go 2-krotnie w głowę. Dyrektor zmarł kilka godzin później w szpitalu. O zlecenie zabójstwa oskarżono byłego dealera BMW Tomasza G., a powodem zamachu miało być odkrycie przez Karpowicza przestępstw związanych z wyłudzaniem odszkodowań. Tomasz G. zabójstwo zlecić miał właśnie „Lewatywie”, a ten z kolei wyznaczył do mokrej roboty Adama S. „Smołę”.

W październiku 2014 roku „Lewatywa” opuścił mury bydgoskiego Fordonu, gdzie odbywał karę 11 lat pozbawienia wolności za kierowanie grupą przestępczą. Sąd przychylił się do wniosku o przerwę w wykonaniu kary ze względu na zły stan zdrowia osadzonego. Dwa miesiące po jego wyjściu z więzienia zapadł wyrok w sprawie zabójstwa Karpowicza, w którym „Lewatywa” został skazany na 25 lat więzienia. Gangster nie wrócił jednak za kratki, a ślad po nim zaginął. Poszukiwany europejskim nakazem aresztowania, wpadł kilka miesięcy później w Essen w Niemczech. Warto dodać, iż po ogłoszeniu wyroku w sprawie Karpowicza pozostali oskarżeni także uciekli policji. Jakiś czas później Tomasz G. i Adam S. sami zgłosili się jednak na komendę. Wyrok w sprawie zabójstwa dyrektora PZU zapadł pod koniec grudnia 2014 r. Tomasz G. został wówczas skazany przez bydgoski sąd na 25 lat pozbawienia wolności za zlecenie tego przestępstwa. Taką samą karę otrzymał również Henryk L., ps. „Lewatywa” oraz Adam S., ps. „Smoła”, cyngiel gangu. Po skutecznej apelacji obrońców, w kwietniu 2016 roku, proces rozpoczął się po raz trzeci. Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy.

/proces „Kadafiego”

Po „Księciu” i „Lewatywie” przyszedł czas na Tomasza B. ps. „Kadafi”, który przejął po nich kontrolę nad bydgoskim półświatkiem. Według informacji śledczych z Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy jego gang miał wymuszać haracze, nakłaniać do prostytucji i czerpać z niej korzyści. Ponadto podejrzewa się, iż w latach 2001 – 2011 rozprowadzili oni ponad tonę amfetaminy, marihuany i tabletek ecstasy o łącznej wartości 21 mln zł. Zarzuty w tej sprawie usłyszało już 131 osób. W przestępczą działalność zaangażowanych mogło być jednak nawet kilkaset osób, w tym dealerów i hurtowników .

Gang „Kadafiego” wymuszał również haracze od dealerów, którzy działali na własną rękę. Sytuacja taka miała miejsce m.in. w przypadku punktu przy ul. Pomorskiej 88, nazywanego potocznie „sklepikiem”. Jak ustalili śledczy, w miejscu tym sprzedawano każdej soboty kilkaset porcji amfetaminy i kilkadziesiąt marihuany. Proceder ten miał trwać od 2004 roku do jesieni 2013 roku, a dealerzy płacili haracz „Kadafiemu” nawet wtedy, gdy ten siedział w areszcie.

Policja przypuściła szturm na grupę „Kadafiego” w grudniu 2011 roku o świcie. Antyterroryści staranowali drzwi „Kadafiego” oraz 5 jego najbliższych współpracowników. W kolejnych miesiącach doszło do następnych zatrzymań. W efekcie działań policji w stan oskarżenia postawiono ponad 100 osób. Sam „Kadafi” opuścił areszt za poręczeniem majątkowym  w wysokości 100 tys. zł. Pozostali oskarżeni również odpowiadają z wolnej stopy. Wyjątkiem jest Maciej B. „Maciula”, na którym ciąży zarzut zabójstwa 24-letniego dealera w Tryszczynie. Proces gangu „Kadafiego” ruszył wiosną 2015 roku.