Archiwum X bierze się za „wojnę domową” Wołomina

Archiwum X bierze się za „wojnę domową” Wołomina

fot.zabójstwo „Baniaka”

Funkcjonariusze warszawskiego Archiwum X, postanowili ponownie prześwietlić rozłam w grupie wołomińskiej, któremu towarzyszyło wiele ofiar. Na przełomie lat ’90 i ’00 doszło do rebelii w gangu, a buntem przeciwko starym bossom kierował młody i ambitny gangster Karol S. Podczas krwawych porachunków, nie udało się wówczas ustalić sprawców wielu zabójstw. Obecnie takie zadanie postawili sobie stołeczni policjanci.

 

– Od kilku miesięcy pracujemy bardzo intensywnie nad wydarzeniami związanymi z wojna domową w gangu wołomińskim. Od buntu Karola S. i jego gwardii w 1998 r., po zabójstwo w 2002 r. Jacka K. ps. „Klepak”, który objął szefostwo w „Wołominie” po ojcu zamordowanym w Gamie. Przez te kilka lat zginęło bądź zaginęło kilkanaście osób powiązanych z jedną lub z drugą grupą. Analiza sprawy i nowe dowody już przynoszą pierwsze rezultaty – powiedział portalowi tvp.info funkcjonariusz Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji.

Na początku tego roku policjanci zatrzymali Roberta P. i Pawła N. Obaj mieli stać się kolejnymi ofiarami grupy „Karola”, wcześniej jednak porwali jednego ze swoich oponentów i brutalnie torturowali w lesie, próbując wyciągnąć od niego informacje.

Niedługo potem zdobyto dowody pozwalające na wyjaśnienie mafijnej egzekucji z 26 marca 2001 r. Wtedy to w okolicy baru „Kubuś” w Sulejówku, co najmniej dwóch kilerów podziurawiło kulami Pawła D. ps. „Długopis”, powiązanego z przebywającymi na wolności członkami grupy „Karola”.Jak ustalono jednym z kilerów był 44-letni Rafał S.  a w zabójstwie pomagała mu 37-letnia Anna C., która to umówił się z ofiarą, wystawiając ją na strzał.

Policja zapowiada kolejne zatrzymania. Być może, poznamy po niemal 20 latach, dokładny przebieg i sprawców egzekucji w barze „Gama”, najgłośniejszej masakrze w historii polskiej gangsterki.

źródło: TVP Info

Wymuszali haracze, grozi im 10 lat więzienia

Wymuszali haracze, grozi im 10 lat więzienia

Czterech mężczyzn zatrzymali po pościgu łódzcy policjanci. Podejrzani odpowiedzą za wymuszenia rozbójnicze na mieszkańcach powiatu łódzkiego-wschodniego. Decyzją sądu zostali już tymczasowo aresztowani na najbliższe 3 miesiące.

 

Jak wynikało z ustaleń kryminalnych w połowie lutego 2018 roku, z jednym z pokrzywdzonych, skontaktowali się przedstawiciele łódzkiego światka przestępczego.  Grożąc zabójstwem zażądali haraczu od prowadzonej przez ofiarę działalności.

Działalność ta również wiązała się z nielegalnym procederem. Sprawcy jeździli za pokrzywdzonym i jego bratem , wystawali pod domem  ich rodzin, rozlewali przed miejscem zamieszkania substancje łatwopalne, epatowali widokiem broni.

Wszystko to doprowadziło do przekazania 22 lutego  wymuszonych groźbami 40 tysięcy złotych. Okazało się, że nie był to jednak koniec finansowych roszczeń. Kilka dni później sprawcy skontaktowali się z bratem ofiary. Tym razem zażądali 100 tysięcy złotych. Po negocjacjach zgodzili się na 50. Na pewnym etapie w sprawę włączyli się policjanci z Wydziału Kryminalnego KWP w Łodzi, którzy monitorowali rozwój sytuacji operacyjnej. Wszystko zmierzało do zebrania materiału dowodowego i zatrzymania podejrzanych.  Kulminacyjny moment nastąpił 2 marca.

/policja.pl

Wówczas to na terenie Brzezin miała być przekazana druga transza „haraczu”. Kiedy 31-latek opuścił lokal gastronomiczny , w którym doszło do podjęcia „paczki” i wsiadł do auta rozpoczął się pościg. Wcześniejsze zatrzymanie ze względów taktycznych nie było możliwe. Komunikat o vw golfie, którym poruszali się podejrzani został przekazany wszystkim patrolom.

/policja.pl

Auto wpadło na blokadzie w Andrespolu. Policjanci zatrzymali w nim 31 latka i dwóch 25 latków. Cała trójka była już notowana wcześniej za konflikty z prawem. Niemalże w tym samym czasie , po godzinie 14.00,  inna policyjna ekipa namierzyła audi, którym podróżował w Łodzi kolejny podejrzewany.  Pojazd został zatrzymany na ulicy Przybyszewskiego. Do policyjnego aresztu trafił także 39-latek. Podczas przeszukania mieszkania, które zajmował  kryminalni zabezpieczyli m.in. gotówkę, atrapy broni i maczetę. Cała czwórka usłyszała już zarzuty wymuszeń rozbójniczych co zagrożone jest kara do 10 lat pozbawienia wolności. Jeden z 25 latków odpowie w warunkach recydywy czyli powrotu do przestępstwa. Decyzją sądu, na wniosek prokuratury, zostali tymczasowo aresztowani na najbliższe 3 miesiące.

Źródło:policja.pl

Łódzka „ośmiornica” („Gruby Irek”, „Tato” i inni)

Łódzka „ośmiornica” („Gruby Irek”, „Tato” i inni)

fot/PAP

Ta powstała w 1993 roku organizacja o charakterze mafijnym, była jedną z największych grup przestępczych w Polsce. Opisując ją można pokusić się o stwierdzenie że poziomem zorganizowania, podziału ról i kompetencji dorównywała osławionej grupie pruszkowskiej.

 

W strukturach organizacji oprócz bossów i szeregowych gangsterów, uczestniczyli także lekarze, brokerzy, urzędnicy państwowi, księgowi, funkcjonariusze SW czy wpływowi biznesmeni z koneksjami na wysokich szczeblach.Organizacja nazwana później ‘ośmiornicą’ posiadała wiele odnóg, zajmujących się różnymi rodzajami przestępczości, a jej członkowie często nie wiedzieli o sobie. Dzięki temu w momencie wpadki gangsterów dokonujących przestępstw kryminalnych ci zajmujący się przestępczością gospodarczą mogli działać dalej bez obawy że zostaną wsypani.

Pierwsze jednoznaczne sygnały o tym, że na terenie Łodzi działa niebezpieczna i doskonale zorganizowana grupa dotarły do policji podczas śledztwa w 1997 roku. Wówczas to w wigilijny wieczór pod zgierską pizzerią ‘Trio’ zastrzelony został Ireneusz J. zwany „Grubym Irkiem”.40 letni mężczyzna był jednym z liderów grupy, który twardą ręką zdobywał coraz większe wpływy. Nie podobało się to pozostałym szefom a przede wszystkim Tadeuszowi M, ps. Tato vel Materac. Ten niepozorny, elegancki mężczyzna w okularach miał ambicje zostania bossem całej organizacji.

Spotkanie wigilijne w Trio, oficjalnie miało być imprezą pojednawczą „Grubego Irka” z pozostałymi bossami. Ireneusz J. podczas kolacji otrzymał nawet prezent od Tadeusza M. – książkę pt. „Żydzi” z dopiskiem – „proszę uważnie przeczytać”. „Gruby Irek” nie zdążył jednak zapoznać się z lekturą, gdyż kilka chwil później leżał martwy w swoim Mercedesie.Kiedy podczas mafijnej imprezy otrzymał telefon, wyszedł z lokalu i udał się do swojego auta.

W tym czasie na strychu pobliskiego budynku czekał na niego snajper „Pasza”, Ukrainiec, były członek specnazu. Kiler oddał dwa strzały, z czego jeden trafił Irka w głowę.Zasadzka była doskonale przygotowana. Gangsterzy wiedzieli o przezorności Ireneusza J. który zawsze poruszał się w kamizelce kuloodpornej i w asyście ochroniarza. Wigilia jednak była dniem w którym odstąpił od tej zasady.

Nie po raz pierwszy próbowano go zabić. Wcześniej cudem przeżył zamach zorganizowany przez słynnego łódzkiego gangstera „Popelinę”. Renault Espas, którym jechał, wyleciał w powietrze na alei włókniarzy. Ciężko ranny gangster, do uratowania swojej nogi sprowadził wówczas, sztuczną skórę ze Szwajcarii.

Ukrainiec „Pasza” za zabicie „Grubego Irka” otrzymał 8 z obiecanych 30 tys. Dolarów. Sam jednak został zamordowany niedługo potem. Uduszono go stalową linką i zakopano w lesie k. Łowicza.W procederze tym pośredni udział brał Jacek B. Lelek – gangster znany z krwawej wojny z Carringtonem.

„Tato” – po pozbyciu się głównego konkurenta mógł działać bez przeszkód.  Przy jego boku stał Mariusz K. a ich prawą ręką został Krzysztof J. ps. ‘Jędrzej’ – człowiek od „brudnej roboty”.

71 letni dziś Tadeusz M. oficjalnie był rencistą III grupy, który otrzymywał 400 zł miesięcznie. Widywano go jednak w najdroższych łódzkich lokalach a w jego mieszkaniu przy ul. Piotrkowskiej znajdowały się pozłacane klamki, cenne obrazy i antyki. Podobno nigdy nie zamykał swojego Mercedesa przekonany o tym, że nikt nie odważy się go ukraść.

 Tadeusz M „Tato”/ joemonster.pl

Jak wielu innych gangsterów zaczynał jako cinkciarz i handlarz złotem. Kiedy stanął na szczycie przestępczej struktury stał się bardzo ostrożny. Przez blisko 10 lat nie udało się go na niczym przyłapać.  Akcje przeprowadzał rękami swoich żołnierzy a jego podpis nie widniał na żadnym z dokumentów.

Prowadził także interesy z włoskimi gangsterami, jednocześnie się na nich wzorując. Mówi się iż podlegli mu przestępcy często całowali go w sygnet.„Materac” nie był jednak pierwszym mafioso w Łodzi który nie stronił od takich zachowań.

Wspomniany wcześniej „Popelina”, czyli Edmund R. po przejęciu schedy po słynnym „Księciu”, nie tylko wyciągał ręce do całowania ale wzorując się na postaci Vito Corleone mówił niskim ochrypłym głosem.

Ośmiornica, która w najlepszym okresie liczyła 200 członków, największe zyski osiągała z przestępstw gospodarczych.  Sprawą, która odbiła się nie głośnym echem w krajowych mediach była tzw. afera winiarska. Przestępcy zakładali firmy na tzw. „słupy”. Przedsiębiorstwa zajmowały się produkcją niskiej jakości wina, następnie odsprzedawały towar kolejnym firmom i były likwidowane.

Unikały w ten sposób płacenia podatku VAT i akcyzy. Policja w tym czasie ścigała firmy, które już nie istniały, często zarejestrowane na bezdomnych.Innym rodzajem przestępstw gospodarczych jakich dopuszczał się gang były wyłudzenia.Przestępcy zamawiali towar – min, węgiel i cukier z tzw. odroczonym terminem płatności.Kupcami były ponownie  podstawione osoby, które towar oddawały gangsterom.Firma wkrótce była likwidowana a dostawca nigdy nie otrzymywał płatności.Zdaniem prokuratury, w wyniku działań „ośmiornicy” Skarb Państwa stracił co najmniej 300 mln zł.

Gang posiadał również zbrojne ramie, którym dowodził początkowo Krzysztof J.„Jędrzej” a następnie Marek W. Przestępcy zajmowali się porywaniem biznesmenów, ściąganiem haraczy i zabójstwami.

Marek W. przed sądem/ fot.PAP

W czerwcu 1999 roku doszło do wielkiej obławy na łódzki gang. W  Łodzi, Poznaniu, Kielcach, Radomiu i Warszawie zatrzymano 21 osób w wieku od 25 do 70 lat. Łódzki sąd rejonowy tymczasowo aresztował 16 mężczyzn.

W 2002 roku sąd skazał liderów grupy. Główne zarzuty to współudział w zabójstwie Ireneusza J. ps. Gruby Irek, zlecenie zabójstwa bossa z Pomorza – Nikodema Skotarczaka i uprowadzenie przedsiębiorców, za których wymuszono 3,2 mln zł. Tadeusz M. i Mariusz K dostali po 10 lat, Andrzej M. ps. „Mikser”  6,  zaś  Krzysztof M. ps. „Jędrzej”  9.Ten ostatni zasłynął zresztą brawurową ucieczką z Łódzkiego sądu.

Do sytuacji doszło kiedy policja wyprowadzała oskarżonych z sali sądowej. Jędrzej będąc w konwoju po prostu obrócił się na pięcie i ruszył w przeciwną stronę.  Pod kamerą przemysłową zrzucił więzienny drelich i w szortach opuścił budynek sądu głównym wejściem. Został ujęty pół roku później na Węgrzech, dzięki współpracy policji i detektywa Rutkowskiego. Po tym incydencie stanowisko stracił szef łódzkiej policji.

Ze zbrojnym ramieniem ośmiornicy sąd powiązał 47 osób. Grupa w różnym składzie działała od 1997 roku do października 2001. Mężczyznom w wieku 0d 23 do 56 lat postawiono 37 zarzutów miedzy innymi usiłowania zabójstw, napadów, wymuszeń, porwań, produkcji i przemytu amfetaminy.

Jej rozbicie „ośmiornicy” było możliwe dzięki zeznaniom świadka koronnego, Marka B., ps. Rudy. Ze względu na rozmiary śledztwa, sprawę podzielono na kilka wątków. Warto zaznaczyć że „Rudy” już jako świadek koronny pod zmienionym nazwiskiem, dokonał licznych przestępstw. Podając się za przedsiębiorcę oszukał kilkadziesiąt osób na milionowe kwoty.

W 2006 roku sąd skazał lidera zbrojnego ramienia ośmiornicy Marka W. na 25 lat, a byłego mistrza świata juniorów w strzelectwie Roberta R. na dożywocie. Ten ostatni został oskarżony o zastrzelenie gangstera o pseudonimie „Ryba” w sierpniu 1999 roku, oraz o próbę zabójstwa Włodzimierza G. ps. „Bokser”.

Sprawę rozpatrzono ponownie w 2014 roku. Markowi W. zmniejszono wyrok z 25 na 15 lat, zaś  Robert R. został uniewinniony. Przebywał on z resztą na wolności od 2008 roku, wypuszczony po 7 latach aresztu za poręczeniem majątkowym w wysokości 600 tys. Złotych.Na początku 2016 roku sprawa trafiła do rozpatrzenia po raz trzeci.

Tadeusz M. „Tato” i Mariusz K. opuścili areszt w 2009 roku po ponad 10 latach odsiadki. Obaj wpłacili po kilkaset tysięcy złotych kaucji. Mężczyźni otrzymali również zakaz opuszczania kraju i dozór policyjny.

Mimo rozbicia trzonu organizacji i zatrzymaniu na wiele lat jej szefów nie przestała ona funkcjonować. Na wolności pozostały niedobitki gangu a do głosu zaczęło dochodzić młodsze pokolenie. Do ostatnich zatrzymań członków ośmiornicy dochodziło jeszcze w 2013 roku.

W marcu policja zatrzymała 13 kolejnych osób na terenie Łodzi i Olsztyna, w tym takie postaci jak: „Student”, „Glut” „Ślepy” i „Baton”  – Gangsterom zarzuca się podłożenie ładunków wybuchowych pod klubem i restauracją w Łodzi, porwanie biznesmena czy kradzieże samochodów. W sumie postawiono przestępcom ponad 100 zarzutów.

Gangi Białegostoku („Mycha”, „Kucharz”, „Generał”)

Gangi Białegostoku („Mycha”, „Kucharz”, „Generał”)

fot.Białystok, lata ’90 / fotopolska.eu

Urodzony w 1965 roku Sławomir Z. ps. „Mycha” w drugiej połowie lat ’90 stanął na czele gangu dokonującego szeregu przestępstw na terenie Białegostoku. Według prokuratury działalność grupy rozpoczęła się w połowie 1997 roku i trwała do 15 marca 1999 roku kiedy to „Mycha” trafił za kraty. Gang zajmował się przede wszystkim wymuszeniami, dokonywanymi na białostockich restauratorach. Kontrolował również agencje towarzyskie i dokonywał rozbojów z użyciem broni palnej. Gangsterzy swoje ofiary wywozili do lasów i tam znęcali się nad nimi. Bili i grozili śmiercią, przystawiając pistolet do szyi czy strzelając pomiędzy nogi.

 

W trakcie procesu „Mycha” początkowo nie przyznawał się do winy. Przed sądem mówił : – Żadnej grupy nie zakładałem, tym bardziej zbrojnej . To teksty w gazetach przedstawiają mnie jako wielkiego mafioso. We „Wprost” ukazało się, że ja, Dziad i Pershing mamy podzielone wpływy w Polsce. To nieprawda.

Prokuratorzy zgodnie twierdzili że Sławomir Z. wyraźnie odróżnia się od prymitywnych przestępców – jest wykształcony i  inteligentny. Na rozprawy dowożony był jednak zgodnie z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Skuty kajdankami i łańcuchami. Pilnowany przez policjantów z długa bronią.

Gangsterowi nie pomagał fakt że jednym z poszkodowanych w jego sprawie był pierwszy w Polsce świadek koronny, skruszony przestępca Dariusz J. PS.” Żaba”. Człowiek ten był wcześniej ochroniarzem w białostockich dyskotekach, notowanym za bójki i przestępstwa samochodowe. W środowisku nie cieszył się jednak specjalnym posłuchem ani szacunkiem. Po przesłuchaniu go w listopadzie 1998 roku zdecydowano się przyznać mu status świadka koronnego. Swoimi zeznaniami pogrążył nie tylko białostockich gangsterów ale także członków tzw. Grupy wołomińskiej, która luźno współpracowała z gangami na Podlasiu. „Żaba” wystawił policji 40 osób, w tym samego Henryka Niewiadomskiego ps. „Dziad”.

Świadek koronny zeznał, że otrzymał od „Dziada” zlecenie zabójstwa pruszkowskiego bossa Leszka D. ps. „Wańka”. Miała być to zemsta za zabójstwo brata „Dziada” – Wiesława. Słynny gangster został zatrzymany przez antyterrorystów w maju 1999 roku, we własnym domu w Ząbkach. Proces Niewiadomskiego w Białymstoku przeszedł do historii. Gangster regularnie obrażał sędziego i prokuratorów, pluł w stronę kamerzystów TVP i rzucał przedmiotami w dziennikarzy. Swoimi odpowiedziami niejednokrotnie zaskakiwał sędziego. Podczas jednej z rozpraw powiedział nagle:

„Tak mordowałem! … Ale tylko gołębie. Ukręcałem  im łby kiedy były chore.”

„Dziad” trafił do aresztu w Hajnówce. Z jego kilkumiesięcznej odsiadki w tym miejscu zapamiętano że szybko podskoczył obroty w więziennym sklepiku gdyż gangster przegrywał tam często w karty kawę czy herbatę. Później przeniesiono go do aresztu w Białymstoku.

Dariusz J. „Żaba” oskarżył także „Mychę” i jego ludzi, o to że został przez nich brutalnie pobity i zastraszony. Do zdarzenia doszło w marcu 1998 r. Na początku miesiąca „Żaba” pojawił się w jednym z białostockich hoteli. Zażądał od właściciela sklepu obuwniczego, mieszczącego się w hotelowym holu, pieniędzy za tzw. ochronę. Mężczyzna był jednak przygotowany na wizytę przestępcy i poprosił wcześniej o pomoc innego gangstera – „Mychę”.

Kiedy „Żaba” pojawił się w sklepie po odbiór pieniędzy – sklepikarz wyprowadził go na zewnątrz a tam czekało już kilku dobrze zbudowanych mężczyzn. Mieli być wśród nich Tomasz O. znany dziś aktor i kulturysta oraz Mariusz S.  To oni według sądu wciągnęli „Żabę” do samochodu a następnie wywieźli za miasto i wraz ze Sławomirem Z. pobili i skopali. Tomasz O. i Mariusz S. w maju 2001 roku za udział w tych wydarzeniach otrzymali wyroki po 2 lata i 8 miesięcy pozbawienia wolności.

W listopadzie 2002 roku sąd w Białymstoku ogłosił wyrok w sprawie kilkunastoosobowego gangu „Mychy”. Przestępcy dostali od 1,5 do 8 lat. Po ponownym rozpatrzeniu sprawy, przyznaniu się oskarżonych i dobrowolnemu poddaniu się karze wyroki zmniejszono. Dla większości przestępców oznaczało to wyjście na wolność gdyż kilka lat odsiedzieli już w aresztach śledczych. Sławomirowi Z. który początkowo dostał 8 lat wyrok zmniejszono o 2 lata. Finalnie po odsiedzeniu 5 lat opuścił mury więzienia w 2004 roku.

 „Mycha” w sądzie /wykop.pl

Pod koniec 2009 roku białostocka prokuratura oskarżyła „Mychę” o prowadzenie przestępczej działalności od 2003 roku, kiedy przebywał jeszcze za kratami. Grupa na której czele stać miał Sławomir Z. zajmować miała się stręczycielstwem i handlem narkotykami na dużą skalę.

„Mycha” nie przyznał się do żadnego zarzutu. Swoją obronę opierał na tym że w czasie odsiadki dużo osób prowadziło interesy wykorzystując jego nazwisko i podszywając się pod jego ludzi.Wyraził również swój negatywny stosunek do narkotyków. Przed sądem powiedział na koniec:

– Przez pięć lat byłem za kratami jako „enka” , byłem w ciężkich więzieniach. Jak wyszedłem na wolność to ja marzyłem, żeby drzewa czy trawki dotknąć, a nie grupę przestępczą zakładać.

Kolejną znaną postacią w białostockim półświatku był Leszek K. ps. „Kucharz”.50 letni dziś mężczyzna w 1998 roku założył gang terroryzujący lokalnych restauratorów.Choć grupa istniała oficjalnie zaledwie niecały rok to narobiła sporo szumu w miejscowym przestępczym podziemiu.16 osobowy gang działał co najmniej od stycznia do końca sierpnia 1998 roku. W tym okresie gangsterzy wymuszali bądź usiłowali dokonać wymuszeń na właścicielach białostockich klubów i restauracji. Grozili im pobiciem i zdemolowaniem lokali. W marcu 1998 r. zdemolowali min. restaurację w centrum miasta w efekcie czego właściciel zgodził się płacić haracz.Płacili także restauratorzy na osiedlu Dziesięciny – 300 dolarów miesięcznie. Z kolei właściciel jednego z klubów w pobliżu dworca kolejowego został brutalnie pobity kijem do bilarda. W lokalu połamano też bar i krzesła.

Sąd okręgowy w Białymstoku okazał się dla gangsterów bardzo surowy. Za działanie w zorganizowanej grupie przestępczej, wymuszanie haraczy, rozboje z użyciem broni i handel narkotykami gangsterzy dostali kary od 3 do 15 lat więzienia. „Kucharz” jako lider grupy otrzymał najwyższy wyrok.

Już podczas odsiadki  jesienią 1998 r Leszek K. miał zlecić zabójstwo szefa ochrony aresztu. Ten podpadł mu, bo wymagał przestrzegania regulaminu np. zabraniał posiadania telefonu komórkowego. „Kucharz” w grypsie do brata poprosił o skontaktowanie go ze Sławomirem R. ps. „Woźny”  – zdegenerowanym recydywistą który odsiadywał wyrok za gwałt dziewczynce i dwa zabójstwa.”Woźny” który był akurat na przepustce miał przyjąć zlecenie i obiecał wykonać je nieodpłatnie, gdyż uważał, powinno być traktowane jako przysługa koleżeńska. Do zabójstwa nie doszło a Sławomir R. o wszystkim poinformował policję, licząc tym samym na złagodzenie jego kar. Kucharz za próbę zlecenia zabójstwa dostał dodatkowe cztery lata odsiadki.

Mimo wysokich wyroków Leszek K. wyszedł z więzienia już w październiku 2012 roku po 9 latach odsiadki. Jednak niedługo potem ponownie stanął przed sądem.  W lutym 2013 roku wraz ze swoim bratem Krzysztofem udał się na targowisko przy ul. Kalwaryjskiej. Krzysztof K. podszedł do jednego z właścicieli straganów i uderzył go a następnie zażądał zwrotu długu zaciągniętego rzekomo u wspólnego znajomego. Kiedy ten odmówił napastnik poinformował że zapomni o sprawie w zamian za oddanie straganu. Jeśli się sprzeciwi, dług wzrośnie trzykrotnie.

Dzięki świadkom zdarzenia udało się postawić mężczyznom zarzut wymuszenia rozbójniczego. Obaj nie przyznali się do winy.
Podczas rozpraw dotyczących gangu „Kucharza” regularnie przewijał się także pseudonim „Generał”.

„Generał” /wyborcza.pl

Należał on do Sławomira W. – uważanego za szefa gangu z Łomży, który blisko współpracował z Kucharzem. Według śledczych, gang Generała powstał w 1998 roku i zajmował się początkowo włamaniami do mieszkań i obiektów handlowych, wymuszeniami haraczy i kradzieżami pojazdów na terenie Podlasia. Gdy grupa zaczęła się rozrastać zajęła się handlem narkotykami, spirytusem i prostytucją.

Już w 1999 roku Sławomir W. otrzymał wyrok 2 lat więzienia za wymuszanie haraczy, w raz braćmi S. Ps. „Samary”, od właścicieli łomżyńskich lokali. Tego samego roku został oskarżony o pobicie klienta jego własnej dyskoteki oraz o dostarczenie Kucharzowi kilograma amfetaminy.W areszcie w Białymstoku siedział w jednej celi z „Dziadem”. Mimo że obu zaliczono do tzw. niebezpiecznych przestępców, nie sprawiali kłopotów. Ponoć chwalili sobie wspólne towarzystwo a czas upływał im na czytaniu pism detektywistycznych i układaniu skarg do sądu, najczęściej na prokuratorów.

W listopadzie 2000 roku w sprawie gangu Kucharza, Sławomir W. otrzymał wyrok 10 lat pozbawienia wolności. W 2002 roku usłyszał kolejny wyrok – rok pozbawienia wolności za sprzedaż kilograma amfetaminy. Razem z nim na ławie oskarżonych zasiadło 12 mężczyzn. Dziesięciu z nich zostało skazanych na kary od jednego do trzech lat więzienia, w przypadku ośmiu – wykonanie kary zawieszono na pięć lat. Dwójkę mężczyzn sąd uniewinnił. Narkotyki z Łomży miały trafiać do Sokółki, Czarnej Białostockiej i Białegostoku.

Po raz kolejny o Generale zrobiło się głośno w 2007 roku. Został on wtedy ponownie zatrzymany pod zarzutem czerpania korzyści z prostytucji. Oskarżono go również o kierowanie gangiem zajmującym się handlem narkotykami i wymuszeniami rozbójniczymi. Kolejną poważną sprawą w której został oskarżony było rzekome zlecenie zabójstwa jego konkurenta, Roberta S. ps. Szudraś.

Sprawa jest o tyle ciekawa, że początkowo to właśnie Szurdaś zlecić miał zlikwidowanie Generała i wyznaczyć do tego Mariusza S. ps. Maniek.  Do zabójstwa nie doszło a o planowanym zamachu Generał dowiedział się od samego Mańka. Wówczas rękami tego samego przestępcy miał dokonać odwetu na Szudrasiu lecz ponownie do niczego nie doszło. Sam Maniek z kolei postanowił pójść na współprace z prokuraturą i opowiedzieć o wszystkim. To na jego zeznaniach oparto akt oskarżenia.

Szudraś skazany został za podżeganie do zabójstwa na 8 lat. Sąd w Łomży za ten sam czyn skazał początkowo na 4 lata również Generała, jednak sąd okręgowy z Ostrołęce w  grudniu 2012 roku uniewinnił go od zarzucanych czynów . Podczas rozprawy Sławomir W. został oczyszczony z wszystkich zarzutów postawionych przez gdańską prokuraturę. Sąd argumentował swoją decyzję tym że świadek Mariusz S. plątał się w swoich zeznaniach, które były niespójne i często sprzeczne. Zaznaczono również, że świadek zażywał narkotyki. Uznano że skazanie przy tak słabych dowodach byłoby tylko nadużyciem.

Sławomir W. po ogłoszeniu wyroku powiedział tylko: „Dziękuję serdecznie”

Gangi Bydgoszczy („Książę”, „Lewatywa”, „Kadafi”)

Gangi Bydgoszczy („Książę”, „Lewatywa”, „Kadafi”)

fot. auto „Księcia” po wybuchu / wykop.pl

Waldemar W. ps. „Książę” już w młodości popadł w konflikt  z prawem. Na początku lat 80. trafił do poprawczaka, a przed sądem po raz pierwszy stanął w wieku lat 18. Skazano go na dwa i pół roku więzienia za włamanie do pawilonu „Jacek” na bydgoskich Bartodziejach. Po raz kolejny Waldemar W. za kraty trafił w 1989 roku. Otrzymał wtedy wyrok 4 lat pozbawienia wolności za napad i posiadanie fałszywych dokumentów.

 

Na początku lat 90. „Książę”, noszący wcześniej pseudonim „Hiszpan”, zorganizował wokół siebie grupę przestępców, z którymi zaczął przejmować interesy w bydgoskim półświatku. Gang wyłudzał towary i kredyty, egzekwował długi i wymuszał okupy. W pewnym momencie o wyczynach Waldemara W. stało się na tyle głośno, że tygodnik „Wprost” umieścił go na liście 10 najbardziej niebezpiecznych przestępców  w kraju.

W 1996 roku „Książę” wziął udział w głośnym najeździe na hotel Ciniewski pod Włocławkiem. Ponad 60-ciu mężczyzn napadło wówczas na położony nad jeziorem pensjonat w celu zaatakowania jego właściciela, Włodzimierza C., bossa włocławskiego półświatka. Gangsterzy – uzbrojeni w broń palną, kije bejsbolowe i noże – zaczęli demolować budynek, strzelając w jego fasadę i wybijając szyby. Osoby znajdujące się wewnątrz hotelu odpowiedziały ogniem, w wyniku czego rannych zostało dwóch napastników, w tym Jan K., pseudonim „Czyżyk”, najprawdopodobniej organizator całego zajścia. Najazd na hotel miał być pokazem siły, a także odwetem za wcześniejsze zdemolowanie przez ludzi Włodzimierza C. lokalu „Czyżyka”. Gangsterzy uprowadzili również żonę właściciela hotelu a następnie pozostawili ją w lesie. Policja, która przyjechała na miejsce strzelaniny, zatrzymała kilkudziesięciu mężczyzn. Proces w tej sprawie – mimo iż trwał bardzo długo –  zakończył się symbolicznymi wyrokami, gdyż zarówno napastnicy, jak i ofiary solidarnie zasłaniali się niepamięcią.

„Książę” przeżył liczne zamachy na swoje życie. W samym tylko 1999 roku trzykrotnie próbowano go zabić. W lutym na ulicy Dworcowej w Bydgoszczy doszło do wybuchu bomby podłożonej pod jego mercedesem. Stracił wówczas obie stopy. W kolejnym zamachu, na klatce bloku na Bartodziejach, życie „Księcia” uratował jego ochroniarz, który ruszył z bronią na zamachowca. Ochroniarz zginął podczas strzelaniny, a ranny zamachowiec został później skazany na dożywocie. Mówi się, że napastnik został wynajęty przez gang pruszkowski albo powiązanego z nim Henryka M., ps. „Lewatywa”. Ten ostatni początkowo współpracował z „Księciem”, jednak od kiedy postanowił działać pod patronatem gangu pruszkowskiego, drogi gangsterów się rozeszły. W czasie kolejnego ataku na „Księcia” podziurawiono kulami czerwone BMW, którym wracał z żoną do domu. Oprócz zniszczonego auta nikt jednak nie ucierpiał.

„Książę” został skazany za gwałt, którego dopuścił się w połowie lat 90. oraz inne przestępstwa. Wyszedł na wolność dopiero w 2007 roku.

Przez lata nieobecności Waldemar W. stracił swoją pozycję w półświatku. W 2011 roku rozbito najmocniejszą bydgoską grupę przestępczą – gang Tomasz B. ps. „Kadafi”. Dla „Księcia” była to okazja, aby odzyskać straconą pozycję.

Wiosną 2012 roku na policje zgłosił się pracownik PKO w Nakle. Roztrzęsiony mężczyzna opowiedział o tym, jak kilku mężczyzn wywiozło go do lasu i, grożąc maczetami, wyłudziło kilkanaście tysięcy zł. Bandyci nakłaniali również  ofiarę, aby rozprowadzała dla nich narkotyki, grożąc śmiercią w wypadku odmowy. Przestępcy przez cały czas przekonywali pracownika PKO, iż są gangsterami z „górnej półki”. Policji bardzo szybko udało się zatrzymać 5-osobową szajkę mężczyzn w wieku od 21 do 31 lat.  ej liderem okazał się sam Waldemar W. „Książę”. Tego ostatniego policja szukać jednak nie musiała, gdyż przybywał właśnie w zakładzie karnym, skazany wcześniej za inne przestępstwa.

Podczas wywiadu przeprowadzonego w 1999 roku dziennikarka zapytała „Księcia”:

– Nie żal Panu?

– Czego?

– Nóg, życia zmarnowanego…

– … jakiego zmarnowanego? Ja lubię robić to, co dotąd robiłem. Lubię broń, szybkość, adrenalinę. Ja nie mógłbym chodzić do pracy i pensji brać. To jest przecież strasznie nudne.

– Ale tym, którzy prowadzą takie nudne życie, nikt nie podkłada bomb.

– Mówię jeszcze raz, że nie żałuję. Naprawdę, czy się to wam podoba czy nie. Taki już jestem.

 „Lewatywa”/pomorska.pl

Henryk L., znany jako „Lewatywa” vel „Lewy”, na początku swojej gangsterskiej działalności współpracował z Waldemarem W. Przestępcy mieli nawet wspólny proces za ściąganie haraczy, jednak ich drogi rozeszły się, gdy Henryk L. postanowił robić interesy z „Pruszkowem”. Mimo że Lewatywa gościł w Bydgoszczy samego ‘”Pershinga”, mówiono, że nie jest on dla niego partnerem w interesach, a jedynie „dojną krową” dla grupy pruszkowskiej. „Książę” był przeciwny wpuszczaniu obcych do miasta, co w efekcie doprowadziło do licznych zamachów z jednej i z drugiej strony.

W 2000 roku 38-letni Henryk L. wziął ślub cywilny ze swoją 29-letnią partnerką. Kiedy nowożeńcy wracali do mieszkania przy ul. Traugutta, ktoś postrzelił gangstera w plecy. Kula, która prawdopodobnie miała trafić w serce, roztrzaskała „Lewatywie” staw barkowy i poszarpała ścięgna. Po tym wydarzeniu na łamach „Expressu bydgoskiego” pojawiło się oryginalne ogłoszenie.                              Wyznaczono bowiem nagrodę 30 tys. zł za informację lub doprowadzenie do sprawców zamachu na Henryka L. Ogłoszeniodawcy gwarantowali stuprocentową anonimowość.

W tym samym roku doszło również do głośnego  zatrzymania „Lewatywy” na stadionie Polonii. Gangster przyjechał tam swoim mercedesem z dwoma kompanami. Początkowo nie chciano go wpuścić na teren stadionu wejściem dla Vipów, jednak po interwencji któregoś z działaczy otwarto bramę. Mężczyźni, którzy pojawili się z Lewatywą, mieli przypięte do pasków pistolety. Ktoś wówczas powiadomił policję o przyjeździe uzbrojonych mężczyzn. W efekcie „Lewatywa” oraz towarzyszący mu Adam S. i Krzysztof B. zostali aresztowani i skazani na 3 miesiące aresztu za posiadanie broni bez zezwolenia.

Kolejny raz „Lewatywę” aresztowano w 2003 roku. Został wtedy oskarżony o współudział w zabójstwie Piotra Karpowicza, dyrektora bydgoskiego oddziału PZU. Do morderstwa doszło 19 stycznia 1999 roku. Wtedy  to na parkingu pod ubezpieczalnią do Karpowicza podbiegł młody mężczyzna, który postrzelił go 2-krotnie w głowę. Dyrektor zmarł kilka godzin później w szpitalu. O zlecenie zabójstwa oskarżono byłego dealera BMW Tomasza G., a powodem zamachu miało być odkrycie przez Karpowicza przestępstw związanych z wyłudzaniem odszkodowań. Tomasz G. zabójstwo zlecić miał właśnie „Lewatywie”, a ten z kolei wyznaczył do mokrej roboty Adama S. „Smołę”.

W październiku 2014 roku „Lewatywa” opuścił mury bydgoskiego Fordonu, gdzie odbywał karę 11 lat pozbawienia wolności za kierowanie grupą przestępczą. Sąd przychylił się do wniosku o przerwę w wykonaniu kary ze względu na zły stan zdrowia osadzonego. Dwa miesiące po jego wyjściu z więzienia zapadł wyrok w sprawie zabójstwa Karpowicza, w którym „Lewatywa” został skazany na 25 lat więzienia. Gangster nie wrócił jednak za kratki, a ślad po nim zaginął. Poszukiwany europejskim nakazem aresztowania, wpadł kilka miesięcy później w Essen w Niemczech. Warto dodać, iż po ogłoszeniu wyroku w sprawie Karpowicza pozostali oskarżeni także uciekli policji. Jakiś czas później Tomasz G. i Adam S. sami zgłosili się jednak na komendę. Wyrok w sprawie zabójstwa dyrektora PZU zapadł pod koniec grudnia 2014 r. Tomasz G. został wówczas skazany przez bydgoski sąd na 25 lat pozbawienia wolności za zlecenie tego przestępstwa. Taką samą karę otrzymał również Henryk L., ps. „Lewatywa” oraz Adam S., ps. „Smoła”, cyngiel gangu. Po skutecznej apelacji obrońców, w kwietniu 2016 roku, proces rozpoczął się po raz trzeci. Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy.

/proces „Kadafiego”

Po „Księciu” i „Lewatywie” przyszedł czas na Tomasza B. ps. „Kadafi”, który przejął po nich kontrolę nad bydgoskim półświatkiem. Według informacji śledczych z Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy jego gang miał wymuszać haracze, nakłaniać do prostytucji i czerpać z niej korzyści. Ponadto podejrzewa się, iż w latach 2001 – 2011 rozprowadzili oni ponad tonę amfetaminy, marihuany i tabletek ecstasy o łącznej wartości 21 mln zł. Zarzuty w tej sprawie usłyszało już 131 osób. W przestępczą działalność zaangażowanych mogło być jednak nawet kilkaset osób, w tym dealerów i hurtowników .

Gang „Kadafiego” wymuszał również haracze od dealerów, którzy działali na własną rękę. Sytuacja taka miała miejsce m.in. w przypadku punktu przy ul. Pomorskiej 88, nazywanego potocznie „sklepikiem”. Jak ustalili śledczy, w miejscu tym sprzedawano każdej soboty kilkaset porcji amfetaminy i kilkadziesiąt marihuany. Proceder ten miał trwać od 2004 roku do jesieni 2013 roku, a dealerzy płacili haracz „Kadafiemu” nawet wtedy, gdy ten siedział w areszcie.

Policja przypuściła szturm na grupę „Kadafiego” w grudniu 2011 roku o świcie. Antyterroryści staranowali drzwi „Kadafiego” oraz 5 jego najbliższych współpracowników. W kolejnych miesiącach doszło do następnych zatrzymań. W efekcie działań policji w stan oskarżenia postawiono ponad 100 osób. Sam „Kadafi” opuścił areszt za poręczeniem majątkowym  w wysokości 100 tys. zł. Pozostali oskarżeni również odpowiadają z wolnej stopy. Wyjątkiem jest Maciej B. „Maciula”, na którym ciąży zarzut zabójstwa 24-letniego dealera w Tryszczynie. Proces gangu „Kadafiego” ruszył wiosną 2015 roku.

 

Gangsterzy Lublina („Ciolo”, „Pierzo”, „Zwierz”)

Gangsterzy Lublina („Ciolo”, „Pierzo”, „Zwierz”)

Fot. „Ciolo”/PAP

Andrzej P. ps. „Pierzo”był jednym z najsłynniejszych lubelskich gangsterów. Już w 1991 roku – jako niespełna 18-latek – zastrzelił na os. Piastowskim w Lublinie 24-letniego Adama W. Motyw zabójstwa okazał się banalny. „Pierzo” podejrzewał, że znajomy ofiary porysował jego samochód – białe BMW. Adam W. zginął, bo stanął w obronie kolegi podczas szarpaniny, do jakiej doszło na lubelskim osiedlu.

 

Po akcji na os. Piastowskim Andrzej P. przez miesiąc ukrywał się przed organami ścigania. Został zatrzymany przez Policję  w mieszkaniu kolegi. Skazano go wówczas na dziesięć lat pozbawienia wolności, jednak dzięki częstym przepustkom odsiedział tylko cztery i pół. Jak się prędko okazało, w jego przypadku resocjalizacja nie przyniosła wymiernych skutków. Po odzyskaniu wolności „Pierzo” wrócił do przestępczego procederu i razem z kompanami zaczął wyłudzać kredyty bankowe oraz towary na tzw. „firmy-słupy”. Szybko zdobył też mir wśród lokalnych przestępców i z czasem stanął na czele gangu z lubelskiego LSM-u, grupy powiązanej z osławionym gangiem pruszkowskim.

Banda, którą dowodził „Pierzo”, walczyła o wpływy w Lublinie z gangiem ze Starego Miasta. Śmiertelnym wrogiem Andrzeja P. był Andrzej Z. ps. „Zwierz”. To właśnie on miał odpowiadać za zamach na „Pierza” w marcu 1998r . kiedy to podłożono granat pod jego Mercedesem. Gangstera jednak ostrzeżono o podejrzanym ładunku znajdującym się przy rurze wydechowej. Mówi się, że wystraszony „Pierzo” uciekł z auta, zostawiając w nim swoje dziecko.

Andrzej P. nie pozostawał jednak dłużny. Chociaż podejrzewano go o liczne zamachy na konkurentów, nie wszystkie zbrodnie udało mu się udowodnić. W 2005 roku Sąd Okręgowy w Lublinie nie znalazł wystarczających dowodów na to, by przypisać mu sprawstwo zbrodni z lipca 1998 roku. Sprawa dotyczyła strzelaniny w Ciecierzynie, gdzie pod jednym z dużych magazynów spotkali się członkowie wrogich gangów. Doszło do walki, podczas której „Pierzo” miał wydać Ukraińcowi Albertowi P. ps „Alik” polecenie zabicia jednego z gangsterów. Płatny zabójca bez wahania wykonał rozkaz Andrzeja P. – wyjął broń i zastrzelił mężczyznę.

Fot. Lublin lata’90/Wojciech Jargiło/GW

Nie udowodniono mu także podżegania do innego zabójstwa. W 2000 roku „Pierzo” miał bowiem zlecić zamach na członka konkurencyjnego gangu Krzysztofa B. ps. ,,Krzywy”. Kiler – Robert R. ps. „Pepe” – za wykonanie zadania miał otrzymać 20 tys. zł. Ofiara została ciężko pobita i trafiła do szpitala w Lubartowie. To właśnie tam płatny zabójca planował dokończyć egzekucję,  jednak „Krzywy” kilka godzin wcześniej zamienił się łóżkami z innym pacjentem. Morderca wymierzył już nawet pistolet w stronę łóżka, jednak widząc przykrytego kocem przypadkowego chorego, nie strzelił i uciekł ze szpitala.

Prokuraturze udało się natomiast udowodnić „Pierzowi” szereg innych przestępstw, w tym m.in. zlecenie zabójstwa członka konkurencyjnego gangu ze Starego Miasta. Do zamachu doszło w 2000 roku w jednym z lubelskich restauracji. Do Roberta Ł. ps. „Zyzio” Piotr R. „Pepe” oddał 5 strzałów przez szybę lokalu. Mimo ciężkich obrażeń, mężczyznę udało się jednak uratować. Za zlecenie tego zamachu „Pierzo” został skazany na 13 lat pozbawienia wolności. Prokuratorzy mający na co dzień co czynienia z Andrzejem P. opisywali go jako osobę brutalną i bezwzględną, która w bezkompromisowy sposób walczyła o wpływy i zyski z nielegalnych interesów z członkami konkurencyjnych gangów.

Warto również wspomnieć, że „Perzo” – wzorem śląskiego bossa o pseudonimie „Krakowiak” – próbował przed sądem symulować chorobę psychiczną. Podczas rozprawy w grudniu 2005 roku gangster zaczął nagle zachowywać  się jak osoba niespełna rozumu, wykrzykując niezwiązane ze sprawą hasła, na przemian ze śpiewaniem piosenek. Mimo to biegli orzekli, że jest on osobą poczytalną. Po uchyleniu wyroku przez Sąd Najwyższy, w marcu 2009 r. Sąd Apelacyjny w Lublinie skazał go na dziewięć lat więzienia, a następnie połączył tę karę z innymi, wydanymi wcześniej wyrokami, i wymierzył mu 14 lat pozbawienia wolności.  Andrzej P. odsiaduje obecnie wyrok w Lublinie, a mury więzienia opuścić ma dopiero w 2024 roku.

***************************************************************************************************************************

O Robercie K. ps. „Ciolo”, latach ’90 prasa pisała o nim: bezwzględny bandyta, bestia gotowa na wszystko, numer jeden na liście najbardziej poszukiwanych przestępców. Policja uważała go za najgroźniejszego polskiego przestępcę.

Robert K. dzieciństwo spędził na lubelskich Bronowicach. Szybko jednak dał się poznać Policji jako sprawca drobnych przestępstw. Wkrótce zdobył szacunek w przestępczym podziemiu Lubelszczyzny i już na początku lat 90. skupił wokół siebie grupę gotowych na wszystko desperatów, z którymi zaczął dokonywać napadów.

Związany był z gangiem „Stare Miasto” – grupą terroryzującą Lublin, która specjalizowała się w sprzedaży narkotyków, wymuszeniach i napadach.„Ciolo”, po dokonaniu szeregu poważniejszych przestępstw, w celu ukrycia się przed Policją wyjechał ze swoimi wspólnikami do Niemiec. W latach 1992 – 1993 bandyci z Lublina dokonali za granicą wielu napadów, przede wszystkim na numizmatyków i kolekcjonerów antyków. Gdy napadnięci nie chcieli oddać precjozów, byli torturowani i mordowani.

Fot. „Ciolo” Kurier Lubelski

12 września 1992 r. w Mannheim „Ciolo” razem z trzema wspólnikami wdarł się do domu bogatych Romów, których synowie uznawani byli za cygańskie książęta. Mężczyznę uduszono, zaś kobietę torturowano, przypalając żelazkiem. Po tym napadzie Cyganie wydali na Roberta K. wyrok śmierci. Kolejną ofiarą „Ciola” był 91-letni kolekcjoner. Robert K., próbując zmusić staruszka do wydania kosztowności, przekazał broń swojemu wspólnikowi i kazał strzelać do żony mężczyzny. Kobieta została śmiertelnie postrzelona, a następnie zabito jej męża. „Ciolo” trafił na pierwsze miejsce wśród najbardziej poszukiwanych bandytów w Niemczech. Wyprzedzał nawet zamachowca podejrzewanego o terroryzm.

Za granicą Robert K. zamordował także swojego wspólnika, Krzysztofa R. Kompan naraził się „Ciolowi”, bo namawiał jego ówczesną partnerkę, aby go porzuciła. Rozzłoszczony gangster podstępem zwabił Krzysztofa R. za miasto, a następie zabił. Jego ciało zaciągnął na pole, owinął szmatami i podpalił.

Do kolejnych brutalnych napadów bandy „Ciola” doszło już na terenie Polski. W 1993 r. Robert K. wraz ze wspólnikami dokonali napadu na dom w Markach. Postrzelono wówczas i skuto kajdankami emerytowanego policjanta ochraniającego posesję. Obezwładniono również gospodynię i pomoc domową. Bandyci zażądali wydania gotówki. Ponieważ otrzymana kwota wydawała im się zbyt mała, zaczęli torturować gospodynię, przypalając ją żelazkiem. Kobieta zmarła kilka miesięcy po napadzie.

W  marcu 1994 roku pod Słupskiem pracownicy hurtowni cytrusów zaproponowali „Ciolowi” skok na właściciela hurtowni, z którym nie mogli dojść do porozumienia. Mężczyznę zastrzelono w jego domu, a przypadkową ofiarą napadu stała się również jego matka. Bandytom nie udało się dostać do sejfu hurtownika, ukradli jednak sporą kwotę niezabezpieczonej gotówki. Po tym napadzie „Ciolo” ukrył się na Ukrainie.Został zatrzymany latem 1994 roku w Dniepropietrowsku, a następnie deportowany do Polski. Proces „Ciola” dotyczący zbrodni popełnionych w Niemczech transmitowano w telewizji na żywo.

Sądy dla Roberta K. okazały się bezlitosne. 53-letni dziś „Ciolo” ma na koncie kilka wyroków dożywocia oraz karę 25 lat pozbawienia wolności.Za łączny wymiar kary przyjęto dożywocie. Po roku 2000  lubelscy gangsterzy, współpracujący dotąd z „Pruszkowem”, działali już pod patronatem gangu „mokotowskiego”. Rezydentem „Mokotowa” został Janusz P. ps. „Jacek” – człowiek, któremu przypisywano współpracę z braćmi Niewiadomskimi i Jackiem K. „Klepakiem”,  jednym z bossów Wołomina.

Gangsterzy z Lublina zajmowali się handlem narkotykami, napadami na przedsiębiorców i ściąganiem haraczy. Obecnie banda ta jest niemal doszczętnie rozbita. Za kraty trafiło kilkudziesięciu gangsterów, a samego „Jacka” w listopadzie 2011 r. oskarżono o kierowanie gangiem w Lublinie, sprzedaż kilkudziesięciu kilogramów amfetaminy i czerpanie zysków z agencji towarzyskich. Po raz ostatni zrobiło się o nim głośno w kwietniu 2016, roku kiedy to został zatrzymany w wyniku tajnej akcji CBŚP. 70-letni dziś Janusz P. odpowie przed sądem za udział w zorganizowanej grupie przestępczej i handel narkotykami .