Egzekucja w Leśnej – śmierć pięciu przypadkowych mężczyzn

Egzekucja w Leśnej – śmierć pięciu przypadkowych mężczyzn

fot. Ofiary egzekucji/Alfabet mafii/TVN 

W nocy z 6 na 7 września, na bocznej drodze prowadzącej z Leśnej do Bożkowic, zastrzelono 5 młodych mężczyzn. Młodzi ludzie, poruszający się Fordem Sierra należeli do lokalnego gangu złodziei samochodów. Nie mieli jednak nic wspólnego, z konfliktem przemytników, znanym jako „wojna zgorzelecka”.

 

Feralnej nocy, mężczyźni uprzednio bawili się „Zajeździe Leśnym” w Lwówku Śląskim. Warto dodać, że lokal ten prowadzony był przez Włochów, podejrzewanych w swoim kraju o napady rabunkowe i przynależność do mafii.

Właściciele dyskoteki, utrzymywali też kontakty ze Zbigniewem M. „Carringtonem”, największym przemytnikiem w południowo-zachodniej Polsce, który był właśnie na wojennej ścieżce, z Jackiem B. „Lelkiem”.

Po wyjeździe z dyskoteki, młodzi złodzieje zauważyli samochód swojego dłużnika, Marka J.

W pojeździe oprócz niego, znajdowali się również  Valerian K. człowiek, który kilka dni wcześniej podłożył bombę „Carringtonowi” i kierujący pojazdem, Marek W., który prawdopodobnie tę bombę skonstruował.

Mężczyźni ze Sierry, postanowili złapać Marka J. i odebrać dług, w wysokości kilkuset złotych.

Valerian K. – obywatel Rosji i weteran z Afganistanu, był przekonany, że właśnie ścigają ich ludzie „Carringtona”, którzy chcą się zemścić za ostatni zamach.

Kierujący Fordem Escortem Marek W., przyśpieszył  i zjechał na pobocze. Marek J. uciekł do lasu, natomiast Valerian K. wyjął karabinek maszynowy i przygotował się na przyjazd Sierry.

Kiedy auto pojawiło się w zasięgu strzału, oddał serię w kierunku kierowcy, zabijając go na miejscu. Pozostałą czwórkę wyciągnął z auta i kolejno uśmiercał strzałem w tył głowy.

/Ford Sierra, którym jechały ofiary 

Po egzekucji, napastnicy oddalili się z miejsca zdarzenia. Valerian K. podczas akcji, odbezpieczył również granat ręczny którego nie użył. Trzymał  go w drodze powrotnej tak długo, aż udało mu się zabezpieczyć go gwoździem.

Ten właśnie granat, przyczynił się do zatrzymania Rosjanina podczas rutynowej kontroli. Znaleziona na miejscu zbrodni zawleczka, pomogła organom ścigania połączyć osobę Valeriana K. z egzekucją w Leśnej.

Przestępcę skazano go na dożywocie. Drugi z obecnych na miejscu zbrodni, Marek W., zginął 30 października 1998, kiedy to w jego własnym mieszkaniu, eksplodowała bomba, którą konstruował.

/Wnętrze Forda/TVN Pod Napięciem 

Po wydarzeniach w Leśnej, policja uznała, że czas zakończyć krwawą wojnę przemytników i pod koniec września 1998 roku, wraz ze Strażą Graniczą, przeprowadziła wielką obławę na gangi grasujące przy zachodniej granicy. Zatrzymano wówczas ponad 100 osób w tym samego „Carringtona”. Zarekwirowano kilkadziesiąt sztuk broni palnej oraz kilkadziesiąt kilogramów materiałów wybuchowych.

Oprócz Zbigniewa M. na ławie oskarżonych zasiadło 26 osób, w tym inny boss, Jan M. ps. „Gruby Janek” oraz pięciu strażników granicznych.

Grupie „Carringtona” postawiono zarzut przemytu do Polski 2 mln litrów, nieopodatkowanego spirytusu, co doprowadziło Skarb Państwa do utraty 154 mln zł.

Wiktor Fiszman – rezydent białoruskiej mafii w Polsce

Wiktor Fiszman – rezydent białoruskiej mafii w Polsce

fot. Wiktor Fiszman (w białej bluzie)/ facebook/S.Medved

Wiktor Fiszman urodził się 1 maja 1964 roku w Mińsku. W 1989 r., tuż po ogłoszeniu wyroku w swojej sprawie , uciekł z białoruskiego sądu. Następnie zbiegł z kraju i ukrył się w Polsce, gdzie był podejrzewany o udział w zabójstwie dwóch osób. Ostatecznie postępowanie umorzono, a w 1993 r. Fiszman przeniósł się do Szczecina.

 

Wraz ze swoimi ludźmi zajmował się kradzieżą samochodów i ściąganiem haraczy od rosyjskojęzycznych handlarzy i przedsiębiorców prowadzących małe punkty gastronomiczne. Znany był także ze swoich sukcesów w sportach walki.

Początkowo współpracował z grupą Marka M. ps „Oczko”, stanowiąc łącznik z przestępcami rosyjskimi. Na przełomie 1995 i 1996 r. Fiszman zaczął jednak prowadzić samodzielną działalność na większą skalę, co nie spodobało się „Oczce” oraz Sylwestrowi O.”Sylwkowi”, który po ponad 8-miesięcznym pobycie w areszcie wyszedł właśnie na wolność. Wspólnie podjęli więc decyzję o wyeliminowaniu białoruskiego gangstera.

W tamtym czasie, Fiszman zajmował się już na wielką skalę, przerzutem kradzionych aut na Wschód. Bardzo dbał o dobrą łączność ze swoimi ludźmi, sam chodzi z trzema telefonami komórkowymi, trzech różnych operatorów. Szefowie jego „zespołów” musieli mieć przynajmniej po dwa.

Wprowadził w swojej grupie regułę, że każdy transport nielegalnych aut eskortowany był przez dwa samochody na legalnych papierach. Ten z przodu kolumny sprawdzał, czy droga jest czysta. Jeśli pojawiało się zagrożenie, do kolumny szedł sygnał.

Wzdłuż trasy przygotowane były ciche miejsca postoju, a nawet rozrzucone „dziuple”, najczęściej w gospodarstwach w zabitych deskami wsiach. Tam samochody przeczekiwały do czasu, kiedy trasa znowu stanie się „przejezdna”. Bywało, że przymusowy postój trwał nawet kilkanaście godzin.

Zadaniem samochodu jadącego za kolumną było śledzenie, czy wszystko przebiega zgodnie z planem. Informację o przymusowym postoju przekazywano do szefa kierującego przerzutem, ten z kolei powiadamiał swoich ludzi na granicy i ewentualnego odbiorcę oczekującego na przesyłkę po stronie wschodniej.

W razie wpadki obserwator alarmował centralę w Szczecinie. Błyskawicznie „czyszczono” wówczas wszystkie punkty – mieszkania, garaże, warsztaty – znane członkom gangu zatrzymanym przez policję.

Fiszman/zdjęcie z magazynu „997”

W tamtym okresie, nawet niezwiązani z gangiem, rosyjskojęzyczni mieszkańcy Wybrzeża Szczecińskiego zgłaszali się do Fiszmana  po radę. Rządził twardą ręką, lecz spory w swoim gangu starał się zawsze załatwiać polubownie. Łagodził też konflikty między swoimi a Polakami. Nie wszystko jednak dało się załatwić bez rozlewu krwi..

W marcu 1996 r. na spotkaniu grupy „Oczki”, w którym brali udział również „Czarny”, „Duduś” i Wojciech J., „Oczko” i „Sylwek” mieli wprost oświadczyć, że „trzeba zajebać tę kurwę Fiszmana”. Według pierwszej koncepcji gangster miał być wysadzony w powietrze wraz ze swoim samochodem, srebrnym Mercedesem. Ostatecznie jednak zrezygnowano z tego planu, a Marek M. postanowił zwrócić się o pomoc do swojego znajomego z Katowic – Janusza T., ps. „Krakowiak”.

W tym celu, w jednym z katowickich hoteli doszło do spotkania, na którym „Oczko” miał wręczyć „Krakowiakowi” 100.000 zł, mówiąc, że zależy mu, aby robota wykonana była popisowo. „Krakowiak” do zabójstwa wyznaczył Zdzisława Ł., ps. „Zdzicho”.

Mimo upływu kilku miesięcy, stosunki między grupą Marka M. a Fiszmanem nie uległy poprawie.

W noc sylwestrową 1996/7 r. w szczecińskim hotelu Radisson między rywalizującymi gangami doszło do awantury. Motyw sprzeczki był podobno banalny: jeden z Białorusinów strącił z głowy bawiącej się na balu Polki kapelusz. Między ludźmi „Oczki” i Fiszmana wywiązała się bójka, w wyniku której ran postrzałowych doznało dwóch Białorusinów, a czterej Polacy otrzymali rany cięte i kłute nożem.

W połowie stycznia 1997 r., rozpoczęło się polowanie na Fiszmana. Pierwsza próba zabójstwa miała miejsce w południe w centrum miasta. Wynajęty zabójca pomył się jednak i strzelił dwukrotnie nie do Fiszmana, ale do łudząco go podobnego mężczyzny. Pierwszy strzał trafił mężczyznę w pośladek, drugi był niecelny.

Fiszmana dopadnięto kilka dni później, przy ul. Malczewskiego w Szczecinie, kiedy wracał z pobliskiego parkingu. Zdzisław Ł. czekał na niego cierpliwie, ukryty za jednym z samochodów.

Jak później ustalono, 22 stycznia około godz. 18.20 Zdzicho oddał do ofiary dwa strzały z broni automatycznej. Białoruski gangster skulił się i podniósł ręce, jakby w geście poddania, po czym próbował uciec na drugą stronę ulicy. Wtedy w jego stronę padły kolejne cztery strzały. Fiszman przeszedł jeszcze kilka kroków i przewrócił się na chodnik.

Zastrzelony Fiszman

O zlecenie zabójstwa Wiktora Fiszmana katowicka prokuratura oskarżyła „Oczkę”, a kiedy udało się złapać i ściągnąć do Polski „Sylwka”, także i jego.

W gangsterskim półświatku krążyła plotka, jakoby „Sylwek” w tej sprawie poszedł na samoukaranie, co pozwoliło później udowodnić winę również Markowi M. Prawda jest jednak taka, że w tamtym okresie dobrowolnie poddać się karze mogła jedynie osoba, której zarzucano występek, nie zbrodnię, jaką bez wątpienia było odpłatne zlecenie zabójstwa.

Z akt sprawy wynika, że „Sylwek” zarówno w toku śledztwa, jak i przed sądem nie przyznał się do winy. Podczas procesu oświadczył, że był namawiany przez organy ścigania, żeby obciążyć „Oczkę”, a postawiony mu zarzut jest wynikiem zemsty prokuratora, z którym nie chciał współpracować w postępowaniu przeciwko Markowi M. Także wezwany na świadka w procesie „Oczki” i „Krakowiaka” konsekwentnie utrzymywał, że nic nie wie na temat zabójstwa Fiszmana.

Pomocne w rozwiązaniu sprawy, okazały się zeznania „Czarnego” oraz „Tuły”.Ten pierwszy twierdził, że w marcu 1996 r. był obecny na spotkaniu, na którym „Sylwek” oraz „Oczko” zdecydowali się zabić białoruskiego gangstera.

Dodał, że kiedy w 1998 r. siedział w areszcie, inny członek grupy Marka M. – Jakub S., ps. „Kuba” – miał mu powiedzieć, że jeżeli nie przestanie opowiadać, że zabójstwa dokonano na zlecenie „Oczki” i „Sylwka”, może skończyć jak Fiszman.

Wiktor Fiszman (w białej bluzie)/ facebook/S.Medved

„Tuła” zeznał natomiast, że jakiś czas przed zabójstwem pożyczył od białoruskiego gangstera jego srebrnego Mercedesa. Kiedy dowiedział się o tym „Sylwek”, zadzwonił do niego i kazał przyjechać do swojego mieszkania.

Tam miał mu powiedzieć: „Co ty masz z tą kurwą za interesy, on jest do rozjebania, a ty jeździsz jego samochodem. Przez przypadek i ciebie mogą załatwić”. Po tym incydencie Tuła oddał Fiszmanowi samochód i ostrzegł go o planowanym zamachu, ten jednak się nie przejął. „Sylwek” kategorycznie zaprzeczył ich zeznaniom. „Czarnego” nazwał etatowym świadkiem, a „Tułę” – mitomanem i lekomanem.

W lutym 2004 r., po trwającym niemal rok procesie, Sylwester O. został uznany przez katowicki sąd za winnego zlecenia zabójstwa białoruskiego gangstera. Prokurator zażądał dla niego 15 lat pozbawienia wolności. Sąd wymierzył mu jednak karę 13 lat więzienia, uzasadniając, że najwyższy wymiar kary powinien być zarezerwowany jedynie dla bezpośrednich wykonawców przestępstw.

W październiku 2016 roku Janusz T. „Krakowiak” otrzymał wyrok 25 lat pozbawienia wolności z możliwością warunkowego zwolnienia dopiero po 20 latach . Również na 25 lat sąd skazał Marka M. „Oczko”, który zlecił „Krakowiakowi” zabójstwo Fiszmana. Za wykonanie tego wyroku i kolejne zabójstwo, cyngiel Krakowiaka, Zdzisław Ł.  dostał dożywocie.Wyroki są nieprawomocne.

„Izraelczyk” zabija w poznańskim „Cafe Głos”

„Izraelczyk” zabija w poznańskim „Cafe Głos”

fot. archiwum prasy

Jest południe, 18 grudnia 1995 roku. W poznańskiej kawiarni „Cafe Głos”, mieszczącej się przy ul. Ratajczaka, Albert Kiełczyński ps. „Izraelczyk”, podchodzi do młodego mężczyzny i oddaje kilka strzałów w głowę.

 

Po wszystkim ucieka z budynku, jednak wpada na patrolujących ulice policjantów.  Ponownie wyciąga broń i celuje w stronę jednego z funkcjonariuszy. Na szczęście dla nich, pistolet się zacina i policjanci rzucają się na zabójcę, obezwładniając go.

Dlaczego Kiełczyński zastrzelił, w biały dzień, Marka Z.? Według sądu, wykonywał on zlecenie dla bossa poznańskiego półświatka Zbyszka B. ps. „Makowiec”.

Jesienią 1995 roku, dwóch mężczyzn porwało 15-letniego Macieja, syna „Makowca”.Skutego kajdankami wywieziono za Poznań, jednak chłopak uwolnił się i wrócił do domu.

Kiedy okazało się, że porwanie zlecił, podrzędny przestępca, Jarosław Ś. ps. „Święty”, Zbyszko B. miał kazać go zabić.

Według orzeczenia sądu, przekazał „Izraelczykowi” broń, zdjęcie „Świętego” i 10 tys. dolarów zaliczki.

W „Cafe Głos” Albert Kiełczyński miał się pomylić i przez pomyłkę zabić przypadkową osobę. Po aresztowaniu, najpierw opowiedział śledczym wersję o zemście za porwanie syna, lecz zaraz się z niej wycofał, twierdząc, że wsypał „Makowca” bo ten był mu winny pieniądze.

Podał kolejną wersję, oznajmiając, że zastrzelony Marek Z. nie rozliczył się z nim za przestępstwa samochodowe a ponadto znieważył jego osobę.

kawiarnia Cafe Głos

Sąd jednak nie dał wiary tej hipotezie i skazał Zbyszka B. na 25 lat więzienia za zlecenie zabójstwa, a Kiełczyńskiego na dożywocie, za dokonanie tej zbrodni.

Warto jednak przyjrzeć się osobie, która zginęła. Marek Z. według sądu, był przypadkową, całkowicie niewinną osobą. Ofiara „Izrealczyka” była jednak osobą znaną, w lokalnych kręgach przestępczych. Istnieje więc możliwość, że rzeczywiście mógł mieć nierozliczone sprawy z Albertem Kiełczyńskim.

„Izraelczyk” tłumaczył także, że Marek Z. zauważył go w kawiarni, jednak zignorował jego osobę i nie przyszedł się rozmówić, co wywołało w nim wściekłość. Biorąc pod uwagę, że do zabójstwa doszło w biały dzień a Kiełczyński ubrany był w charakterystyczny kożuch i okulary, łatwo zauważyć, że nie zachował się jak morderca na zlecenia, a raczej jak ktoś działający pod wpływem impulsu.

„Izraelczyk”,Cela nr. TVN

W czasie zabójstwa, Izraelczyk wiedział już o swojej śmiertelnej chorobie i o tym, że zostało mu kilka miesięcy życia. Można więc przypuszczać, że rzeczywiście mógł zabić pod wpływem emocji. Nie miał przecież już nic do stracenia.

Przed zamachem, przez pewien czas przyglądał się ofierze, a późniejsze badania wykazały, że jego wzrok jest doskonały. Trudno więc mówić tu o pomyłce, spowodowanej wadą wzroku.

Są to jednak tylko przypuszczenia. Sąd orzekł, że była to pomyłka podczas zabójstwa na zlecenie i potwierdził to prawomocnymi wyrokami.

Albert Kiełczyński zmarł na raka płuc w poznańskim areszcie śledczym, w 2002 roku.

 

Egzekucja w siłowni „Paker”

Egzekucja w siłowni „Paker”

fot. miejsce gdzie znajdowała się siłownia, google street view

17 października 2003 roku, około godziny 10:30, pod siłownię „Paker” znajdującą się na Warszawskim Gocławiu, podjechały dwa samochody. Z pojazdów wyskoczyło trzech mężczyzn w kominiarkach, którzy z bronią w ręku wbiegli do budynku.

 

Jeden z nich zastraszył obsługę siłowni a dwaj pozostali podbiegli do mężczyzn ćwiczących, w rogu sali. Wpakowali w nich kilkanaście kul, pogrozili pozostałym ćwiczącym i z piskiem opon odjechali sprzed siłowni. Policja natychmiast wszczęła poszukiwania sprawców. Nad miastem krążyły policyjne śmigłowce, a na całej Pradze rozstawiono patrole, które z długą bronią, sprawdzały każdy podejrzany pojazd. Obława jednak nie przyniosła skutków.

Dwaj zastrzeleni mężczyźni byli dobrze znani policji. Ofiary egzekucji, 30-letni Maciej S. ‚Konik” oraz 35-letni Włodzimierz Ch. „Buła”  próbowali swoich sił w handlu bronią, jednak ich głównym źródłem zarobków były narkotyki, kradzieże samochodów i haracze.

Jak wykazywało śledztwo, gangsterzy popadli w konflikt z członkami grupy mokotowskiej, z którymi wcześniej współpracowali. Od pewnego czasu, działali już jednak w grupie żoliborskiej, podporządkowanej „Szkatule”. Spekulowano, że wyrok na „Bułę” i „Konika” wydać miał sam Andrzej H. „Korek”. Niestety ani sprawców ani zleceniodawców egzekucji nie ustalono, a sprawa pozostała niewyjaśniona.

Miejsce zdarzenia/PAP

Wydarzenia w siłowni „Paker”, prawdopodobnie były inspiracją do jednej z pierwszych scen filmu „Pitbull – Nowe porządki”.

 

 

 

 

 

Mafijne porachunki #07: Zabójstwo pod pubem „Kubuś”

Mafijne porachunki #07: Zabójstwo pod pubem „Kubuś”

fot. Pub „Kubuś” w Sulejówku/ google maps

Paweł D. ps. „Długopis”, był jednym, z ludzi „Karola”, lidera zbuntowanego odłamu grupy wołomińskiej. Kiedy Karol S. postanowił odłączyć się od wołomińskich bossów starszego pokolenia, „Mańka” i „Lutka”, na terenie Warszawy i okolic doszło do krwawej wojny.

 

Na przełomie lat ’90 i ’00, trup ścielił się gęsto. Pewny siebie i bezwzględny „Karol”, wraz ze swoją załogą, postanowił pozbyć się starych szefów i robił to w sposób brutalny i bezlitosny. W Aninie ginie „Baniak” a kilku innych gangsterów zostaje rannych. Kilka miesięcy później pod restauracją T.G.I. Friday’s w Warszawie, zabity zostaje 26-letni „Kajtek”, który również opowiedział się po stronie „Mańka” i „Lutka”. Od strzałów bandytów, tego wieczora zginął także przypadkowy przechodzień.

Punktem kulminacyjnym wojny domowej w Wołominie, były wydarzenia z końca marca 1999 r. W restauracji „Gama” dochodzi do masakry dokonanej przez nieznanych sprawców, w której finalnie zlikwidowano „Mańka”, „Lutka” i trzech innych gangsterów.

To zdarzenie nie zakończyło jednak krawatowych porachunków. Kiedy z więzienia wyszedł Jacek K. ps. „Klepak” syn „Mańka”, postanowił pomścić ojca i wziąć odwet na rebeliantach.

Ofiarą zemsty pada min. „Łata”, gangster z grupy „Karola” zabity pod lokalem „Biesiadna”, w marcu 2002 roku.

Rok wcześniej do Pawła D. ps. „Długopis”, który przebywał właśnie w pubie „Kubuś” w Sulejówku, dzwoni telefon. „Długopis” odebrał i usłyszał głos Anny C., która poprosiła go o wyjście przed lokal.  Gangster wyszedł przed bar i wszedł do samochodu. W tym momencie rozległy się strzały. Ranny Paweł D. ratował się ucieczką, przeskakując przez pobliskie płoty i biegnąc przez podwórka. Nie udało mu się. Ścigający go zabójca dogonił go i dobił strzałem w głowę.

Sprawa, jak wiele innych morderstw z tamtego okresu pozostała niewyjaśniona. Wszytko zmieniło się na początku 2018 roku, policjanci z wydziału Archiwum X, wpadli na trop zabójców „Długopisa” pracując nad zbrodnią mającą miejsce w tej samej okolicy w 1999r. Okazało się, że oba te zdarzenia najprawdopodobniej łączą osoby sprawców.

Wykonane czynności, w tym wykorzystanie najnowszych technik śledczych pozwoliło na zebranie nowych dowodów, na podstawie których prokurator prowadzący śledztwo podjął decyzję o zatrzymaniu. Policjanci „Archiwum X”, weszli do mieszkań w Warszawie i podwarszawskim Julianowie w asyście antyterrorystów, zatrzymując 44 letniego Rafała S., i 37 letnią Annę C. Oboje usłyszeli już zarzuty zabójstwa oraz pomocnictwa do zabójstwa. Grozi im za to kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Mafijne porachunki #06: Egzekucja pod restauracją Friday’s

Mafijne porachunki #06: Egzekucja pod restauracją Friday’s

fot.Piotr W.”Kajtek” / mat.policji

26-letni Piotr W. ps „Kajtek”, uważany był za jednego z najlepszych złodziei samochodów w Warszawie. Młody mieszkaniec Wołomina postanowił jednak, pójść krok dalej i ze złodzieja stać się gangsterem z krwi i kości.

 

Rok 1999. Wzajemne polowania prowadzą „starzy wołomińscy” oraz zbuntowany odłam grupy, dowodzony przez Karola S. i działający pod patronatem słynnego „Baraniny”.

Chwilę wcześniej doszło do napadu grupy „Karola”, na naradzających się oponentów w Aninie. Podczas tej akcji ginie niejaki „Baniak”. „Kajtkowi”, który był celem tego ataku udaje się ujść z życiem.

„Karol”, nie może podarować „Kajtkowi” tego, że współpracując z wołomińskimi bossami „Mańkiem” i „Lutkiem”, organizuje, polowanie na jego osobę. Postanawia go ubiec.

W sobotę 20 marca, Piotr W., przyjeżdża z żoną do restauracji T.G.I. Friday’s  znajdującej się na al. Jana Pawła II. Para zasiada do kolacji, jednak „Kajtek”, jest bez przerwy niepokojony telefonami.

Ktoś próbuje go ewidentnie wywabić z lokalu. Po kolejnym z telefonów Piotr W. wychodzi przed restaurację. Wówczas podbiegło do niego kilku mężczyzn, którzy oddali w jego kierunku serię strzałów z broni automatycznej.

/fot.restauracja Friday’s w Warszawie

„Kajtek” pada martwy na ziemię. Jak się okazało, napastnicy postrzelili jeszcze jedną, całkiem przypadkową osobę. 50-letni Marek W., pracownik Teatru Wielkiego, doczołgał się jeszcze do drzwi restauracji, jednak zmarł zanim przyjechało pogotowie.

/zastrzelony Marek W./mat.policji

W 2011 roku trzech mężczyzn (w tym Karol S.) za udział min. w tej egzekucji otrzymało prawomocne wyroki, dożywotniego pozbawienia wolności. Czwarty dostał 25 lat.

11 dni, po zamachu we Friday’s, w restauracji Gama, nastąpiło apogeum wewnętrznej wojny w Wołominie.