„Izraelczyk” i egzekucja w poznańskim „Cafe Głos”

0
3146
fot. archiwum prasy

Jest południe, 18 grudnia 1995 roku. W poznańskiej kawiarni „Cafe Głos”, mieszczącej się przy ul. Ratajczaka, Albert Kiełczyński ps. „Izraelczyk”, podchodzi do młodego mężczyzny i oddaje kilka strzałów w głowę.

Po wszystkim ucieka z budynku, jednak wpada na patrolujących ulice policjantów.  Ponownie wyciąga broń i celuje w stronę jednego z funkcjonariuszy. Na szczęście dla nich, pistolet się zacina i policjanci rzucają się na zabójcę, obezwładniając go.

Dlaczego Kiełczyński zastrzelił, w biały dzień, Marka Z.? Według sądu, wykonywał on zlecenie dla bossa poznańskiego półświatka Zbyszka B. ps. „Makowiec”.

Jesienią 1995 roku, dwóch mężczyzn porwało 15-letniego Macieja, syna „Makowca”.Skutego kajdankami wywieziono za Poznań, jednak chłopak uwolnił się i wrócił do domu.

Kiedy okazało się, że porwanie zlecił, podrzędny przestępca, Jarosław Ś. ps. „Święty”, Zbyszko B. miał kazać go zabić.

Według orzeczenia sądu, przekazał „Izraelczykowi” broń, zdjęcie „Świętego” i 10 tys. dolarów zaliczki.

W „Cafe Głos” Albert Kiełczyński miał się pomylić i przez pomyłkę zabić przypadkową osobę. Po aresztowaniu, najpierw opowiedział śledczym wersję o zemście za porwanie syna, lecz zaraz się z niej wycofał, twierdząc, że wsypał „Makowca” bo ten był mu winny pieniądze.

Podał kolejną wersję, oznajmiając, że zastrzelony Marek Z. nie rozliczył się z nim za przestępstwa samochodowe a ponadto znieważył jego osobę.

fot. Cafe głos

Sąd jednak nie dał wiary tej hipotezie i skazał Zbyszka B. na 25 lat więzienia za zlecenie zabójstwa, a Kiełczyńskiego na dożywocie, za dokonanie tej zbrodni.

Warto jednak przyjrzeć się osobie, która zginęła. Marek Z. według sądu, był przypadkową, całkowicie niewinną osobą. Ofiara „Izrealczyka” była jednak osobą znaną, w lokalnych kręgach przestępczych. Istnieje więc możliwość, że rzeczywiście mógł mieć nierozliczone sprawy z Albertem Kiełczyńskim.

„Izraelczyk” tłumaczył także, że Marek Z. zauważył go w kawiarni, jednak zignorował jego osobę i nie przyszedł się rozmówić, co wywołało w nim wściekłość. Biorąc pod uwagę, że do zabójstwa doszło w biały dzień a Kiełczyński ubrany był w charakterystyczny kożuch i okulary, łatwo zauważyć, że nie zachował się jak morderca na zlecenia, a raczej jak ktoś działający pod wpływem impulsu.

fot. Izraelczyk, Cela nr, TVN

W czasie zabójstwa, Izraelczyk wiedział już o swojej śmiertelnej chorobie i o tym, że zostało mu kilka miesięcy życia. Można więc przypuszczać, że rzeczywiście mógł zabić pod wpływem emocji. Nie miał przecież już nic do stracenia.

Przed zamachem, przez pewien czas przyglądał się ofierze, a późniejsze badania wykazały, że jego wzrok jest doskonały. Trudno więc mówić tu o pomyłce, spowodowanej wadą wzroku.

Są to jednak tylko przypuszczenia. Sąd orzekł, że była to pomyłka podczas zabójstwa na zlecenie i potwierdził to prawomocnymi wyrokami.

Albert Kiełczyński zmarł na raka płuc w poznańskim areszcie śledczym, w 2002 roku.

MAFIA PL

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here