„Odłączyć się od Marka? Ja byłem szczęśliwy, że to był mój kolega i odbierał ode mnie telefon” – Rozmowa z „Czarnym”

0
9109
fot.Alfabet mafii/Prószyński i S-ka/2004

Rafał Ch. ps. „Czarny” urodził się w 1972 r. w Szczecinie. Po raz pierwszy został skazany już w wieku 18 lat za usiłowanie zabójstwa i groźby karalne. Po wyjściu z więzienia pod koniec listopada 1992 r. Rafał Ch. zaczął handlować narkotykami.

Szybko przyłączył się również do grupy Marka M. ps. Oczko, uchodzącego później za rezydenta mafii pruszkowskiej w Szczecinie. Kiedy trafił do więzienia, został opuszczony przez swoich bossów, dla których do niedawna gotów był nawet zabić. Postanowił się zemścić. Na podstawie jego zeznań, niemal doszczętnie rozbito największą grupę przestępczą Szczecina.

 

Jak Pan skomentuje to, że mimo pogrążenia jednej z największych para-mafijnych grup w Polsce, nie stała się Panu krzywda? Nie został Pan świadkiem koronnym, nikt Pana nie chronił, nie wyjechał Pan nawet ze Szczecina.

Świadczyłoby to o tym, że gangsterzy wcale nie są tacy groźni jak postrzega ich społeczeństwo. Jednak całkiem niedawno pobity został Pana były współpracownik Marek D. „Duduś”, wcześniej pobito „Sylwka”. Powód pobicia jest oczywiście inny ale to z kolei świadczy, że jednak nie wszyscy ze „starej gwardii” mogą czuć się w Szczecinie bezpieczni.

„Jedna z największych para- mafijnych grup w Polsce”? Jeśli Pan liczy na moją chełpliwość, to jej zasoby wyczerpałem gdzieś w okolicach 40 urodzin. Ale dobrze Pan kombinuje.

Nic tak nie zniewala bandyty, jak dobrze skrojone pochlebstwo. Dlaczego sądzi Pan , że nikt mnie nie chroni? Jak każdego innego obywatela, chroni mnie polska policja. A przy okazji trzyma również za twarz. Abym nie zrobił krzywdy sobie lub innym.

Faktycznie, polskie struktury mafijne z lat 90,  w zakresie  odwetu  za zdradę procesową, nie wykazywały nigdy większych ambicji.  Już w pierwszej połowie lat 90 były okazje na pokazanie  swojej realnej siły w walce z  polskim wymiarem sprawiedliwości. Jednak  ówcześni liderzy  nigdy nie zeszli z trzepaka.  Co jak widać, wyszło wielu osobom na zdrowie.

Wymienił Pan tylko dwa z wielu nieprzyjemnych  incydentów, które spotkały moich byłych  wspólników.  Naturalnie poprawiają mi one humor, ale nie zaskakują.  To naturalna kolej rzeczy w środowisku kryminalistów.  Mechanizm jest dość prosty.

Świat przemocy mafijnej można podzielić na dwie ligi. Pierwsza, to miejsce dla morderców. Sprawców zaplanowanych i świadomych zbrodni. Druga, to właściwie pas startowy dla wszystkich innych wyznawców bożka przemocy.Dość łatwo osiągnąć tam pewien sukces w zakresie rozpoznawalności i wzbudzania lęku w środowisku przestępczym. Szczególnie dlatego, że fundamentem jest zwykła sprawność fizyczna i podstawowa brutalność.

Systematycznie, powiedzmy umownie, co kwartał z jakiejś siłowni wyskakują zawodnicy, którzy ogłaszają „miasto jest moje”. Jednym  udaje się osiągnąć nawet pewien sukces finansowy, inni padają już w zwarciu z dzielnicowym. Myślę, że to bardziej kwestia szczęścia niż przebiegłości.

Zawodnicy, którzy mają fart, dość szybko dochodzą do miejsca, w którym muszą się zdecydować. Albo wchodzą do pierwszej ligi ze wszystkimi tego ewentualnymi  konsekwencjami i korzyściami, albo odchodzą.

Jeśli nie odejdą, będą- najczęściej brutalnie- wypychani  przez następnych drapieżników, którzy będą  „na kursie wznoszącym” iteż mają na czole wytatuowane „miasto jest moje”. I tak  w kółko.

Czy zastanawiał się Pan kiedyś nad spisaniem swoich przeżyć? Pomijając nawet aspekt komercyjny, szkoda aby  historia „Czarnego” poszła w zapomnienie. Ludzie przecież się starzeją, z wiekiem zapominają wiele wydarzeń i często zabierają ciekawe historie do grobu.

Nigdy.  A każdy mój udział w kilku projektach medialnych, był  jedynie elementem rywalizacji propagandowej z moimi przeciwnikami.  Wszedłem w to, ponieważ  i tak załapałem się na „pociąg do Hollywood”. Jako pionek w świecie mediów,  nie miałem nic do powiedzenia. Osobiście wolałbym  bandycką anonimowość.

Jak Pan, którego sąd określił jako osobę ponadprzeciętnie inteligentną, radził sobie, obcując na co dzień z ludźmi, których nazywa się troglodytami ? Byli to przecież ludzie, dla których liczył się przede wszystkim kult siły, co z reszta później ich zgubiło.

Moja inteligencja to przerysowana informacja, charakterystyczna dla języka sądowo- medycznego. A z byłymi kolegami obcowało mi się dobrze.  Romans między nami rozsypał się po moim aresztowaniu, gdy nie spełniono moich oczekiwań w zakresie alimentów.

Kiedyś w rozmowie z Ewą Ornacką powiedział Pan, że znał się na broni, interesował prawem i praca policji. Był Pan więc przestępcą stworzonym nie tylko do rozwiązań siłowych ale miał też sporą wiedzę z zakresu kryminalistyki. Po pierwsze więc:

Czy nie planował Pan, żeby odłączyć się od grupy „Oczki” i utworzyć swoją organizację, niekoniecznie w Szczecinie?

Po drugie, czy nie myślał Pan kiedyś o tym, że z takimi predyspozycjami w Neapolu czy Kalabrii, pańska kariera przestępcza potoczyłaby się dużo inaczej, zostałby Pan doceniony i zaszedł wysoko w mafijnych strukturach?

Właśnie dlatego, że rozwiązania siłowe należały do moich zadań interesowałem się pracą policji.Jeżeli coś ma przestępcę uchronić przed karą, to w dużej mierze właśnie wiedza z zakresu kryminalistyki.

Odłączyć się od Marka? Ja byłem szczęśliwy, że to był mój kolega i odbierał ode mnie telefon.

Dzięki niemu do naszego miasta zawitał ówczesny, wielki świat polskiej  zorganizowanej przestępczości. Wszyscy bez wyjątku, dzięki jego kontaktom towarzyskim, czerpali satysfakcję oraz budowali swój  bandycki prestiż w kraju. Dzień, w którym „Pershing”  kiwnął  mi ręką „cześć”, w hotelu „Radisson” w Szczecinie, to coś jak Boże Narodzenie latem. Poznanie Nikodema,  było jak pierwsze miejsce w „Tańcu z Gwiazdami”.  Wszystko dzięki min.Markowi. Owszem finansowo nie było fajerwerków. Ale jak na dwudziestolatka zarabiałem sporo dzięki własnym pomysłom.

fot. hotel Radisson, lata 90-te

Nie mam żadnych niespełnionych marzeń w zakresie prowadzenia działalności przestępczej, nawet w Kalabrii. Przyznaję, że ten element Pana pytania jest dość egzotyczny.

Szczególnie dlatego, iż mafijne życie jest bardzo brutalne. Przepełnione strachem oraz nieobliczalnością. Dlatego, żadna inteligencja czy nawet wykształcenie, niczego tam nie gwarantują.

Rozmawiamy o świecie, gdzie dwa plus dwa rzadko da nam cztery. Często człowiek dowiaduje się, że to nawet nie była lekcja matematyki.Życie na krawędzi ze świadomością zagrożenia fizycznego czy procesowego jest dość wyczerpujące. Dobrze wychodzi jedynie na zdjęciu czyli np. w filmie. Choć osobiście  lubiłem tamten okres.

Co czuje przestępca, który pogrążył wielu innych przestępców, gangsterów, ludzi teoretycznie bardzo niebezpiecznych? Był to dla Pana rodzaj ulgi, czy raczej duże obciążenie psychiczne związane z niebezpieczeństwem, jakie może Pana spotkać?

Sam pobyt w areszcie śledczym jest dużym obciążeniem psychicznym. Dylematu czy się rozpruć czy nie, nie miałem, bo to wszystko działo się  tuż przed nowelizacją kodeksu karnego.

Jednak najbardziej przybiła mnie świadomość, że siedziałem  na podstawie fałszywych zeznań (w większości).Człowiek stara się nie przechodzić na czerwonym świetle, gdy nie musi. A i tak zabierają mu prawo jazdy za zbyt szybką jazdę.

Zachowanie kolegów specjalnie mnie nie zaskoczyło. Choć fakt, że przejęli moje drobne tylko dlatego, że nie postrzegali mnie jako kapusia- przyzna Pan- jest poniżający.

Ale z tej więziennej depresji wyleczyła mnie myśl, że za chwilę ludzie, którzy powinni byli okazywać mi choć odrobinę wdzięczności za procesową lojalność, będą siedzieć obok mnie i- co najważniejsze- w wyniku moich działań. Tyle w skrócie.

Ulgę poczułem jedynie, gdy przestałem grypsować.  Udział w tej subkulturze obrażał moją inteligencję i  gorzej to znosiłem niż bycie głównym  kapusiem w ogólnokrajowym spektaklu.

Często mówił Pan o tym, że „Oczko” traktował ludzi jak swoją własność, gnębił i poniżał nawet bez żadnego powodu. Czy pamięta Pan, jakiś konkretny przykład takiego zachowania?

 Pamiętam, ale nie mam siły już go obgadywać. Szczególnie dlatego, że Marek nie był wyjątkiem . Większość bossów, jako zdemoralizowani kryminaliści robili takie rzeczy. Mnie, dopóki nie zacząłem się stawiać siedząc w areszcie, nigdy nie obraził.

Proszę pamiętać, iż działalność mafijna w głównej mierze polega na min.  gnębieniu i poniżaniu. Przemoc psychiczna czy fizyczna to fundament.  Umiejętność wywoływania strachu oraz gospodarowanie nim, to właśnie działalność mafijna.

fot. Marek M. ps. Oczko (z lewej) i karateka Arkadiusz Szczasiuk 9 do dziś uważany za zaginionego)

W programach dotyczących „polskiej mafii”, gdy tylko pojawia się wątek Szczecina, przytaczana jest od razu historia, jak to „pruszków”, najechał na Szczecin aby wywieźć do lasu gościa, który stawia się „Oczce”.

Potem zazwyczaj pojawia się „Masa”, który opowiada o kałasznikowach na barze  i o tym, że po tej interwencji już nikt do Marka M. nie podskakiwał. Czy może Pan opowiedzieć o tym wydarzeniu ze swojej perspektywy ? Czy człowiekiem, do którego przyjechali wtedy pruszkowscy był „Sylwek”? 

W tamtym okresie byłem jeszcze dość luźno z nimi związany. Umowny bunt wywołali starsi wiekiem szczecińscy bandyci, którzy pamiętali „Oczkę” jako jednego z nich.  Nie chcieli zaakceptować  Marka, jako lidera. Głównym spiskowcem był Sylwek i wymachujący na lewo i prawo pistoletem z tłumikiem Adam M. ps. „Brygadier”. Marek D. i Jacek P. „Ślepak” stanęli po ich stronie, bo „Oczko” wzbudzał w nich kompleksy.

Dużo starszy, napakowany cwaniak z Żabiej, miał ich „golasów” za  życiowych frajerów. Tak więc gdy Sylwek, wieczny intrygant, wmówił im, że mafia to oni, koleżeńskie relacje z ulicy Żabiej i wieloletnie znajomości „z miasta”straciły na znaczeniu.Do Marka, który ukrywał się przed policją w Warszawie doszło, że mu ubliżają. Naturalnie pojawiła się też zapowiedź jego rychłej śmierci i inne charakterystyczne dla tego typu konfliktów przepowiednie.

Nikt się nie spodziewał, że „Oczko”, poszukiwany listem gończym, przyjedzie do Szczecina. I do tego na czele całej wycieczki. Nie wiem, kto pierwszy „wypękał”, ale Jacek P., przywitał warszawiaków już w Pyrzycach, czyli 50 km od Szczecina i odciął się od reszty. Gdy wszyscy wchodzili do „Radissona”, to minęli się w drzwiach z Adamem M. „Brygadier” z miny Sylwka, wywnioskował, że kawiarniana gangsterka się skończyły i żadnej wojny nie będzie. D. przypomniał  Markowi wspólne lata na Żabiej.

Poprosił o łaskę dla Sylwka. Ale że nikogo innego nie było do ukarania,  do lasu pojechał sponiewierany już w hotelu, przywódca rewolucjonistów, czyli Sylwek. Tam oprawcy go upokorzyli.

Były opowieści, że go osikali, ale stawiam na to, że to plotka.  Upodlony Cheguevara kajał się przed Markiem tak długo, aż mu wybaczono.  Było tam mnóstwo ludzi plus kompania tajniaków z aparatem fotograficznym. Broń długa też była. Z odsieczą do hotelu pobiegł „Tuła” chyba sam albo z R., bo mnie nie było w domu.Ale na miejscu zrezygnował z walki. Uznał że on i jego pistolet to za mało.

Zrobiłem odcinki  „sylwetek polskich gangsterów” o praktycznie każdym większym mieście w Polsce. Przyznam, że przy odcinkach o Szczecinie, miałem świetne źródło informacji i uważam, że są po prostu najlepsze merytorycznie ze wszystkich.

Żaden jednak odcinek dotyczący innego miasta, nie wywołał takiego zainteresowania i lawiny komentarzy jak te o Szczecinie. Czym tłumaczyć takie zainteresowanie przestępczością zorganizowaną w tym mieście ?

Myślę, że to zasługa Ewy Ornackiej. Zorganizowana przestępczość i jej zwalczanie przez nagłaśnianie min. we  „Wprost” uczyniły z niej dziennikarkę formatu krajowego, a ze Szczecina atrakcyjny temat.

Gdyby mógł Pan dziś powiedzieć coś „Czarnemu” sprzed dwudziestu lat, to co by to było ?

Nic, bo i tak nie posłucha.

Dziękuję.

Poniżej odcinek cyklu Sylwetki polskich gangsterów, w którym przedstawiona jest postać „Czarnego”.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here