Gangi Bydgoszczy („Książę”, „Lewatywa”, „Kadafi”)

Gangi Bydgoszczy („Książę”, „Lewatywa”, „Kadafi”)

fot. auto „Księcia” po wybuchu / wykop.pl

Waldemar W. ps. „Książę” już w młodości popadł w konflikt  z prawem. Na początku lat 80. trafił do poprawczaka, a przed sądem po raz pierwszy stanął w wieku lat 18. Skazano go na dwa i pół roku więzienia za włamanie do pawilonu „Jacek” na bydgoskich Bartodziejach. Po raz kolejny Waldemar W. za kraty trafił w 1989 roku. Otrzymał wtedy wyrok 4 lat pozbawienia wolności za napad i posiadanie fałszywych dokumentów.

 

Na początku lat 90. „Książę”, noszący wcześniej pseudonim „Hiszpan”, zorganizował wokół siebie grupę przestępców, z którymi zaczął przejmować interesy w bydgoskim półświatku. Gang wyłudzał towary i kredyty, egzekwował długi i wymuszał okupy. W pewnym momencie o wyczynach Waldemara W. stało się na tyle głośno, że tygodnik „Wprost” umieścił go na liście 10 najbardziej niebezpiecznych przestępców  w kraju.

W 1996 roku „Książę” wziął udział w głośnym najeździe na hotel Ciniewski pod Włocławkiem. Ponad 60-ciu mężczyzn napadło wówczas na położony nad jeziorem pensjonat w celu zaatakowania jego właściciela, Włodzimierza C., bossa włocławskiego półświatka. Gangsterzy – uzbrojeni w broń palną, kije bejsbolowe i noże – zaczęli demolować budynek, strzelając w jego fasadę i wybijając szyby. Osoby znajdujące się wewnątrz hotelu odpowiedziały ogniem, w wyniku czego rannych zostało dwóch napastników, w tym Jan K., pseudonim „Czyżyk”, najprawdopodobniej organizator całego zajścia. Najazd na hotel miał być pokazem siły, a także odwetem za wcześniejsze zdemolowanie przez ludzi Włodzimierza C. lokalu „Czyżyka”. Gangsterzy uprowadzili również żonę właściciela hotelu a następnie pozostawili ją w lesie. Policja, która przyjechała na miejsce strzelaniny, zatrzymała kilkudziesięciu mężczyzn. Proces w tej sprawie – mimo iż trwał bardzo długo –  zakończył się symbolicznymi wyrokami, gdyż zarówno napastnicy, jak i ofiary solidarnie zasłaniali się niepamięcią.

„Książę” przeżył liczne zamachy na swoje życie. W samym tylko 1999 roku trzykrotnie próbowano go zabić. W lutym na ulicy Dworcowej w Bydgoszczy doszło do wybuchu bomby podłożonej pod jego mercedesem. Stracił wówczas obie stopy. W kolejnym zamachu, na klatce bloku na Bartodziejach, życie „Księcia” uratował jego ochroniarz, który ruszył z bronią na zamachowca. Ochroniarz zginął podczas strzelaniny, a ranny zamachowiec został później skazany na dożywocie. Mówi się, że napastnik został wynajęty przez gang pruszkowski albo powiązanego z nim Henryka M., ps. „Lewatywa”. Ten ostatni początkowo współpracował z „Księciem”, jednak od kiedy postanowił działać pod patronatem gangu pruszkowskiego, drogi gangsterów się rozeszły. W czasie kolejnego ataku na „Księcia” podziurawiono kulami czerwone BMW, którym wracał z żoną do domu. Oprócz zniszczonego auta nikt jednak nie ucierpiał.

„Książę” został skazany za gwałt, którego dopuścił się w połowie lat 90. oraz inne przestępstwa. Wyszedł na wolność dopiero w 2007 roku.

Przez lata nieobecności Waldemar W. stracił swoją pozycję w półświatku. W 2011 roku rozbito najmocniejszą bydgoską grupę przestępczą – gang Tomasz B. ps. „Kadafi”. Dla „Księcia” była to okazja, aby odzyskać straconą pozycję.

Wiosną 2012 roku na policje zgłosił się pracownik PKO w Nakle. Roztrzęsiony mężczyzna opowiedział o tym, jak kilku mężczyzn wywiozło go do lasu i, grożąc maczetami, wyłudziło kilkanaście tysięcy zł. Bandyci nakłaniali również  ofiarę, aby rozprowadzała dla nich narkotyki, grożąc śmiercią w wypadku odmowy. Przestępcy przez cały czas przekonywali pracownika PKO, iż są gangsterami z „górnej półki”. Policji bardzo szybko udało się zatrzymać 5-osobową szajkę mężczyzn w wieku od 21 do 31 lat.  ej liderem okazał się sam Waldemar W. „Książę”. Tego ostatniego policja szukać jednak nie musiała, gdyż przybywał właśnie w zakładzie karnym, skazany wcześniej za inne przestępstwa.

Podczas wywiadu przeprowadzonego w 1999 roku dziennikarka zapytała „Księcia”:

– Nie żal Panu?

– Czego?

– Nóg, życia zmarnowanego…

– … jakiego zmarnowanego? Ja lubię robić to, co dotąd robiłem. Lubię broń, szybkość, adrenalinę. Ja nie mógłbym chodzić do pracy i pensji brać. To jest przecież strasznie nudne.

– Ale tym, którzy prowadzą takie nudne życie, nikt nie podkłada bomb.

– Mówię jeszcze raz, że nie żałuję. Naprawdę, czy się to wam podoba czy nie. Taki już jestem.

 „Lewatywa”/pomorska.pl

Henryk L., znany jako „Lewatywa” vel „Lewy”, na początku swojej gangsterskiej działalności współpracował z Waldemarem W. Przestępcy mieli nawet wspólny proces za ściąganie haraczy, jednak ich drogi rozeszły się, gdy Henryk L. postanowił robić interesy z „Pruszkowem”. Mimo że Lewatywa gościł w Bydgoszczy samego ‘”Pershinga”, mówiono, że nie jest on dla niego partnerem w interesach, a jedynie „dojną krową” dla grupy pruszkowskiej. „Książę” był przeciwny wpuszczaniu obcych do miasta, co w efekcie doprowadziło do licznych zamachów z jednej i z drugiej strony.

W 2000 roku 38-letni Henryk L. wziął ślub cywilny ze swoją 29-letnią partnerką. Kiedy nowożeńcy wracali do mieszkania przy ul. Traugutta, ktoś postrzelił gangstera w plecy. Kula, która prawdopodobnie miała trafić w serce, roztrzaskała „Lewatywie” staw barkowy i poszarpała ścięgna. Po tym wydarzeniu na łamach „Expressu bydgoskiego” pojawiło się oryginalne ogłoszenie.                              Wyznaczono bowiem nagrodę 30 tys. zł za informację lub doprowadzenie do sprawców zamachu na Henryka L. Ogłoszeniodawcy gwarantowali stuprocentową anonimowość.

W tym samym roku doszło również do głośnego  zatrzymania „Lewatywy” na stadionie Polonii. Gangster przyjechał tam swoim mercedesem z dwoma kompanami. Początkowo nie chciano go wpuścić na teren stadionu wejściem dla Vipów, jednak po interwencji któregoś z działaczy otwarto bramę. Mężczyźni, którzy pojawili się z Lewatywą, mieli przypięte do pasków pistolety. Ktoś wówczas powiadomił policję o przyjeździe uzbrojonych mężczyzn. W efekcie „Lewatywa” oraz towarzyszący mu Adam S. i Krzysztof B. zostali aresztowani i skazani na 3 miesiące aresztu za posiadanie broni bez zezwolenia.

Kolejny raz „Lewatywę” aresztowano w 2003 roku. Został wtedy oskarżony o współudział w zabójstwie Piotra Karpowicza, dyrektora bydgoskiego oddziału PZU. Do morderstwa doszło 19 stycznia 1999 roku. Wtedy  to na parkingu pod ubezpieczalnią do Karpowicza podbiegł młody mężczyzna, który postrzelił go 2-krotnie w głowę. Dyrektor zmarł kilka godzin później w szpitalu. O zlecenie zabójstwa oskarżono byłego dealera BMW Tomasza G., a powodem zamachu miało być odkrycie przez Karpowicza przestępstw związanych z wyłudzaniem odszkodowań. Tomasz G. zabójstwo zlecić miał właśnie „Lewatywie”, a ten z kolei wyznaczył do mokrej roboty Adama S. „Smołę”.

W październiku 2014 roku „Lewatywa” opuścił mury bydgoskiego Fordonu, gdzie odbywał karę 11 lat pozbawienia wolności za kierowanie grupą przestępczą. Sąd przychylił się do wniosku o przerwę w wykonaniu kary ze względu na zły stan zdrowia osadzonego. Dwa miesiące po jego wyjściu z więzienia zapadł wyrok w sprawie zabójstwa Karpowicza, w którym „Lewatywa” został skazany na 25 lat więzienia. Gangster nie wrócił jednak za kratki, a ślad po nim zaginął. Poszukiwany europejskim nakazem aresztowania, wpadł kilka miesięcy później w Essen w Niemczech. Warto dodać, iż po ogłoszeniu wyroku w sprawie Karpowicza pozostali oskarżeni także uciekli policji. Jakiś czas później Tomasz G. i Adam S. sami zgłosili się jednak na komendę. Wyrok w sprawie zabójstwa dyrektora PZU zapadł pod koniec grudnia 2014 r. Tomasz G. został wówczas skazany przez bydgoski sąd na 25 lat pozbawienia wolności za zlecenie tego przestępstwa. Taką samą karę otrzymał również Henryk L., ps. „Lewatywa” oraz Adam S., ps. „Smoła”, cyngiel gangu. Po skutecznej apelacji obrońców, w kwietniu 2016 roku, proces rozpoczął się po raz trzeci. Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy.

/proces „Kadafiego”

Po „Księciu” i „Lewatywie” przyszedł czas na Tomasza B. ps. „Kadafi”, który przejął po nich kontrolę nad bydgoskim półświatkiem. Według informacji śledczych z Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy jego gang miał wymuszać haracze, nakłaniać do prostytucji i czerpać z niej korzyści. Ponadto podejrzewa się, iż w latach 2001 – 2011 rozprowadzili oni ponad tonę amfetaminy, marihuany i tabletek ecstasy o łącznej wartości 21 mln zł. Zarzuty w tej sprawie usłyszało już 131 osób. W przestępczą działalność zaangażowanych mogło być jednak nawet kilkaset osób, w tym dealerów i hurtowników .

Gang „Kadafiego” wymuszał również haracze od dealerów, którzy działali na własną rękę. Sytuacja taka miała miejsce m.in. w przypadku punktu przy ul. Pomorskiej 88, nazywanego potocznie „sklepikiem”. Jak ustalili śledczy, w miejscu tym sprzedawano każdej soboty kilkaset porcji amfetaminy i kilkadziesiąt marihuany. Proceder ten miał trwać od 2004 roku do jesieni 2013 roku, a dealerzy płacili haracz „Kadafiemu” nawet wtedy, gdy ten siedział w areszcie.

Policja przypuściła szturm na grupę „Kadafiego” w grudniu 2011 roku o świcie. Antyterroryści staranowali drzwi „Kadafiego” oraz 5 jego najbliższych współpracowników. W kolejnych miesiącach doszło do następnych zatrzymań. W efekcie działań policji w stan oskarżenia postawiono ponad 100 osób. Sam „Kadafi” opuścił areszt za poręczeniem majątkowym  w wysokości 100 tys. zł. Pozostali oskarżeni również odpowiadają z wolnej stopy. Wyjątkiem jest Maciej B. „Maciula”, na którym ciąży zarzut zabójstwa 24-letniego dealera w Tryszczynie. Proces gangu „Kadafiego” ruszył wiosną 2015 roku.

 

Gangsterzy Lublina („Ciolo”, „Pierzo”, „Zwierz”)

Gangsterzy Lublina („Ciolo”, „Pierzo”, „Zwierz”)

Fot. „Ciolo”/PAP

Andrzej P. ps. „Pierzo”był jednym z najsłynniejszych lubelskich gangsterów. Już w 1991 roku – jako niespełna 18-latek – zastrzelił na os. Piastowskim w Lublinie 24-letniego Adama W. Motyw zabójstwa okazał się banalny. „Pierzo” podejrzewał, że znajomy ofiary porysował jego samochód – białe BMW. Adam W. zginął, bo stanął w obronie kolegi podczas szarpaniny, do jakiej doszło na lubelskim osiedlu.

 

Po akcji na os. Piastowskim Andrzej P. przez miesiąc ukrywał się przed organami ścigania. Został zatrzymany przez Policję  w mieszkaniu kolegi. Skazano go wówczas na dziesięć lat pozbawienia wolności, jednak dzięki częstym przepustkom odsiedział tylko cztery i pół. Jak się prędko okazało, w jego przypadku resocjalizacja nie przyniosła wymiernych skutków. Po odzyskaniu wolności „Pierzo” wrócił do przestępczego procederu i razem z kompanami zaczął wyłudzać kredyty bankowe oraz towary na tzw. „firmy-słupy”. Szybko zdobył też mir wśród lokalnych przestępców i z czasem stanął na czele gangu z lubelskiego LSM-u, grupy powiązanej z osławionym gangiem pruszkowskim.

Banda, którą dowodził „Pierzo”, walczyła o wpływy w Lublinie z gangiem ze Starego Miasta. Śmiertelnym wrogiem Andrzeja P. był Andrzej Z. ps. „Zwierz”. To właśnie on miał odpowiadać za zamach na „Pierza” w marcu 1998r . kiedy to podłożono granat pod jego Mercedesem. Gangstera jednak ostrzeżono o podejrzanym ładunku znajdującym się przy rurze wydechowej. Mówi się, że wystraszony „Pierzo” uciekł z auta, zostawiając w nim swoje dziecko.

Andrzej P. nie pozostawał jednak dłużny. Chociaż podejrzewano go o liczne zamachy na konkurentów, nie wszystkie zbrodnie udało mu się udowodnić. W 2005 roku Sąd Okręgowy w Lublinie nie znalazł wystarczających dowodów na to, by przypisać mu sprawstwo zbrodni z lipca 1998 roku. Sprawa dotyczyła strzelaniny w Ciecierzynie, gdzie pod jednym z dużych magazynów spotkali się członkowie wrogich gangów. Doszło do walki, podczas której „Pierzo” miał wydać Ukraińcowi Albertowi P. ps „Alik” polecenie zabicia jednego z gangsterów. Płatny zabójca bez wahania wykonał rozkaz Andrzeja P. – wyjął broń i zastrzelił mężczyznę.

Fot. Lublin lata’90/Wojciech Jargiło/GW

Nie udowodniono mu także podżegania do innego zabójstwa. W 2000 roku „Pierzo” miał bowiem zlecić zamach na członka konkurencyjnego gangu Krzysztofa B. ps. ,,Krzywy”. Kiler – Robert R. ps. „Pepe” – za wykonanie zadania miał otrzymać 20 tys. zł. Ofiara została ciężko pobita i trafiła do szpitala w Lubartowie. To właśnie tam płatny zabójca planował dokończyć egzekucję,  jednak „Krzywy” kilka godzin wcześniej zamienił się łóżkami z innym pacjentem. Morderca wymierzył już nawet pistolet w stronę łóżka, jednak widząc przykrytego kocem przypadkowego chorego, nie strzelił i uciekł ze szpitala.

Prokuraturze udało się natomiast udowodnić „Pierzowi” szereg innych przestępstw, w tym m.in. zlecenie zabójstwa członka konkurencyjnego gangu ze Starego Miasta. Do zamachu doszło w 2000 roku w jednym z lubelskich restauracji. Do Roberta Ł. ps. „Zyzio” Piotr R. „Pepe” oddał 5 strzałów przez szybę lokalu. Mimo ciężkich obrażeń, mężczyznę udało się jednak uratować. Za zlecenie tego zamachu „Pierzo” został skazany na 13 lat pozbawienia wolności. Prokuratorzy mający na co dzień co czynienia z Andrzejem P. opisywali go jako osobę brutalną i bezwzględną, która w bezkompromisowy sposób walczyła o wpływy i zyski z nielegalnych interesów z członkami konkurencyjnych gangów.

Warto również wspomnieć, że „Perzo” – wzorem śląskiego bossa o pseudonimie „Krakowiak” – próbował przed sądem symulować chorobę psychiczną. Podczas rozprawy w grudniu 2005 roku gangster zaczął nagle zachowywać  się jak osoba niespełna rozumu, wykrzykując niezwiązane ze sprawą hasła, na przemian ze śpiewaniem piosenek. Mimo to biegli orzekli, że jest on osobą poczytalną. Po uchyleniu wyroku przez Sąd Najwyższy, w marcu 2009 r. Sąd Apelacyjny w Lublinie skazał go na dziewięć lat więzienia, a następnie połączył tę karę z innymi, wydanymi wcześniej wyrokami, i wymierzył mu 14 lat pozbawienia wolności.  Andrzej P. odsiaduje obecnie wyrok w Lublinie, a mury więzienia opuścić ma dopiero w 2024 roku.

***************************************************************************************************************************

O Robercie K. ps. „Ciolo”, latach ’90 prasa pisała o nim: bezwzględny bandyta, bestia gotowa na wszystko, numer jeden na liście najbardziej poszukiwanych przestępców. Policja uważała go za najgroźniejszego polskiego przestępcę.

Robert K. dzieciństwo spędził na lubelskich Bronowicach. Szybko jednak dał się poznać Policji jako sprawca drobnych przestępstw. Wkrótce zdobył szacunek w przestępczym podziemiu Lubelszczyzny i już na początku lat 90. skupił wokół siebie grupę gotowych na wszystko desperatów, z którymi zaczął dokonywać napadów.

Związany był z gangiem „Stare Miasto” – grupą terroryzującą Lublin, która specjalizowała się w sprzedaży narkotyków, wymuszeniach i napadach.„Ciolo”, po dokonaniu szeregu poważniejszych przestępstw, w celu ukrycia się przed Policją wyjechał ze swoimi wspólnikami do Niemiec. W latach 1992 – 1993 bandyci z Lublina dokonali za granicą wielu napadów, przede wszystkim na numizmatyków i kolekcjonerów antyków. Gdy napadnięci nie chcieli oddać precjozów, byli torturowani i mordowani.

Fot. „Ciolo” Kurier Lubelski

12 września 1992 r. w Mannheim „Ciolo” razem z trzema wspólnikami wdarł się do domu bogatych Romów, których synowie uznawani byli za cygańskie książęta. Mężczyznę uduszono, zaś kobietę torturowano, przypalając żelazkiem. Po tym napadzie Cyganie wydali na Roberta K. wyrok śmierci. Kolejną ofiarą „Ciola” był 91-letni kolekcjoner. Robert K., próbując zmusić staruszka do wydania kosztowności, przekazał broń swojemu wspólnikowi i kazał strzelać do żony mężczyzny. Kobieta została śmiertelnie postrzelona, a następnie zabito jej męża. „Ciolo” trafił na pierwsze miejsce wśród najbardziej poszukiwanych bandytów w Niemczech. Wyprzedzał nawet zamachowca podejrzewanego o terroryzm.

Za granicą Robert K. zamordował także swojego wspólnika, Krzysztofa R. Kompan naraził się „Ciolowi”, bo namawiał jego ówczesną partnerkę, aby go porzuciła. Rozzłoszczony gangster podstępem zwabił Krzysztofa R. za miasto, a następie zabił. Jego ciało zaciągnął na pole, owinął szmatami i podpalił.

Do kolejnych brutalnych napadów bandy „Ciola” doszło już na terenie Polski. W 1993 r. Robert K. wraz ze wspólnikami dokonali napadu na dom w Markach. Postrzelono wówczas i skuto kajdankami emerytowanego policjanta ochraniającego posesję. Obezwładniono również gospodynię i pomoc domową. Bandyci zażądali wydania gotówki. Ponieważ otrzymana kwota wydawała im się zbyt mała, zaczęli torturować gospodynię, przypalając ją żelazkiem. Kobieta zmarła kilka miesięcy po napadzie.

W  marcu 1994 roku pod Słupskiem pracownicy hurtowni cytrusów zaproponowali „Ciolowi” skok na właściciela hurtowni, z którym nie mogli dojść do porozumienia. Mężczyznę zastrzelono w jego domu, a przypadkową ofiarą napadu stała się również jego matka. Bandytom nie udało się dostać do sejfu hurtownika, ukradli jednak sporą kwotę niezabezpieczonej gotówki. Po tym napadzie „Ciolo” ukrył się na Ukrainie.Został zatrzymany latem 1994 roku w Dniepropietrowsku, a następnie deportowany do Polski. Proces „Ciola” dotyczący zbrodni popełnionych w Niemczech transmitowano w telewizji na żywo.

Sądy dla Roberta K. okazały się bezlitosne. 53-letni dziś „Ciolo” ma na koncie kilka wyroków dożywocia oraz karę 25 lat pozbawienia wolności.Za łączny wymiar kary przyjęto dożywocie. Po roku 2000  lubelscy gangsterzy, współpracujący dotąd z „Pruszkowem”, działali już pod patronatem gangu „mokotowskiego”. Rezydentem „Mokotowa” został Janusz P. ps. „Jacek” – człowiek, któremu przypisywano współpracę z braćmi Niewiadomskimi i Jackiem K. „Klepakiem”,  jednym z bossów Wołomina.

Gangsterzy z Lublina zajmowali się handlem narkotykami, napadami na przedsiębiorców i ściąganiem haraczy. Obecnie banda ta jest niemal doszczętnie rozbita. Za kraty trafiło kilkudziesięciu gangsterów, a samego „Jacka” w listopadzie 2011 r. oskarżono o kierowanie gangiem w Lublinie, sprzedaż kilkudziesięciu kilogramów amfetaminy i czerpanie zysków z agencji towarzyskich. Po raz ostatni zrobiło się o nim głośno w kwietniu 2016, roku kiedy to został zatrzymany w wyniku tajnej akcji CBŚP. 70-letni dziś Janusz P. odpowie przed sądem za udział w zorganizowanej grupie przestępczej i handel narkotykami .

Mafia w Trójmieście ( „Szwarceneger”, „Zachar”)

Mafia w Trójmieście ( „Szwarceneger”, „Zachar”)

Wiesław Kokłowski pochodził z Chełma Lubelskiego  W Trójmieście zaczął naukę w technikum mechanicznym, jednak chcąc zrobić szybką karierę i zarobić poważne pieniądze, związał się ze światem gangsterskim. W ten oto sposób stanął przy boku Nikodema Skotarczaka „Nikosia” zostając  jego ochroniarzem i prawą ręką.

 

Przy Skotarczaku Arnold mógł rozwinąć skrzydła w przestępczym półświatku. Kolegom imponował wzrostem i atletyczną  sylwetką, lubił gdy wołali na niego „Szwarceneger”. Wraz z Nikosiem kierował grupą, która przemycała kradzione samochody z Niemiec . Za granicą działał Skotarczak, w Polsce interes prowadził Arnold. Wyrastał na coraz ważniejszą postać trójmiejskiej mafii.

Praca dla bossa z Gdyni nie zaspokajała jednak jego ambicji. Kokłowski postanowił wejść w mało popularny jeszcze wtedy biznes narkotykowy. Usamodzielnił się również przy prowadzeniu działań związanych z kradzionymi samochodami. Jego pozycja w gangsterskiej hierarchii na wybrzeżu stawał się co raz wyższa.   Wtedy doszło do pierwszo zamachu na jego życie.

Miło to miejsce już w 1990 roku kiedy  „Szwarceneger” wyglądał z  okna swojego bloku. Ze stojącego pod budynkiem mercedesa znajomy Arnolda, Sławomir K.ps. „Kargul” oddał do niego serię z broni automatycznej.
Rannego w kręgosłup Kokłowskiego przywieziono do szpitala w Gdyni, jednak mimo ciężkiego postrzału uciekł z miasta w obawie iż egzekutor wróci aby dokończyć dzieło. Był już w tym czasie oskarżony o kradzieże samochodów, fałszowanie gotówki i rozboje.

Zamach przestraszył go na tyle że postanowił ukrywać się  w Zielonej górze. Nie robił jednak tego specjalnie dyskretnie, gdyż nie długo potem wdał się w brutalne porwanie biznesmena Janusza O.  i znów stał się celem dla organów ścigania.

 /wykop.pl

Postanowił wrócić do Trójmiasta i starych interesów. W marcu  ‘91 r. został zatrzymany  przez brygadę antyterrorystów, podczas akcji obok hotelu Mistral w Gdyni. Przy gangsterze znaleziono colta kaliber 9mm i amunicję.Dwa kolejne pistolety i prawie 150 sztuk amunicji znaleziono w jego aucie zaparkowanym w pobliżu. Kokłowski trafił do aresztu, jednak nieudolne śledztwo sprawiło, że wkrótce potem wyszedł za kaucją i wrócił do przestępczych interesów. Handlem narkotykami zajął się na tyle poważnie że mawiano  o nim ” król amfetaminy”.

„Szwarceneger” nie potrafił jednak działać dyskretnie. W lutym 1994 r w restauracji Bałtyk będąc pod wpływem alkoholu oddał 5 strzałów w kierunku 27-letniego Marka O. – człowieka „Nikosia”. Mimo ciężkiego postrzału mężczyzna przeżył a zeznania ofiary i świadków nocnej strzelaniny obciążyły Arnolda na tyle, że Prokuratora Rejonowa w Gdyni wydała za nim list gończy

Kokłowski uciekł do Włoch. Zastanawiano się czy bardziej się bał – policji, czy zemsty „Nikosia” za próbę zabójstwa jego człowieka. Włoska policja namierzyła i zatrzymała Arnolda  kilka miesięcy później kiedy to przyjechał swoim BMW na lotnisko w Mediolanie  aby odebrać kolegów z Trójmiasta. Zgubiła go pewność, że za granicą jest bezpieczny. Okazało się iż rozmowa telefoniczna w której gangsterzy umówili się na spotkanie we Włoszech została podsłuchana przez policje.  „Szwarceneger” znów trafił do aresztu.
Na szczęście dla Kokłowskiego upadł najcięższy zarzut oskarżenia. Wiesław K. nie mógł być w Polsce sądzony za usiłowanie zabójstwa Marka O., bo nie zgodziła się na to strona włoska, która na mocy Europejskiej Konwencji Ekstradycyjnej, miała takie prawo.

31 stycznia 1997 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał go na 2,5 roku więzienia. Ukarano go za posiadanie broni, fałszywych dokumentów, nabycie kradzionego samochodu i podrobienie prawa jazdy. Na poczet kary zaliczono mu wcześniejszy pobyt w areszcie i włoskim więzieniu, więc niemal od razu znalazł się na wolności.

Były to jednak ostatnie miesiące jego życia. 5 maja 1997 r. Wiesław Kokłowski z narzeczoną i jej ojcem wyszli z mieszkania na Przymorzu przy ul. Piastowskiej. Kiedy Arnold zbliżał się do swojego auta, podbiegł do niego ubrany na czarno mężczyzna i z odległości około metra oddał serię strzałów z pistoletu automatycznego. Dwa trafiły go głowę, osiem w brzuch. Poważnie ranny zmarł w karetce reanimacyjnej. Zabójca spokojnie oddalił się do auta ukrytego za krzakami.

Według jednej z teorii za zabójstwem miał stać klub płatnych z zabójców na czele z „Zacharem” który rzekomo chciał przejąć interesy Kokłowskiego. Inna wersja zakładała że miały zrobić to młode wilki z trójmiasta, które nie mogły się doczekać na swoją kolej. Według innej, że stał za tym sam Nikoś który miał pozbyć się Arnolda gdyż ten stawał się zagrożeniem dla jego pozycji interesów. Żądana z wersji nie została potwierdzona.

Daniel Zacharzewski „Zachar”Po raz pierwszy trafi do kronik policyjnych 1985 roku, miał wtedy 18 lat.  Powodem zatrzymania Daniela i jego znajomych był próba ucieczki z Polski w kontenerze płynącym z Gdańska do Hamburga.
Po tym incydencie, do końca trwania komunistycznego ustroju był inwigilowany przez władze.U schyłku PRLU- zaczął handlować wódką pod delikatesami, pod kantorami pracował jako cinkciarz.

 

Miał za sobą krótki wyrok za przestępstwa samochodowe. Podobnie jak „Szwarceneger”, skrzydła w gangsterskim fachu rozwinął przy słynnym „Nikosiu” Został jego ochroniarzem i szefem jednej z grup przeznaczonych do zadań siłowych.
Nikosiowi podobało się, że „Zachar” był religijnym i charakternym chłopakiem wystrzegającym się narkotyków.

/PAP

Już w połowie lat ’90 jako dwudziestoparolatek zdobył poważanie w Trójmieście i mógł sobie na wiele pozwolić. Ludzie wiedzieli że „dużo może” i zaczęli do nie go przychodzić z różnymi problemami. Zazwyczaj chodziło zorganizowanie ochrony dla dyskoteki czy odzyskanie długu. Zachar pomagał ale brał procent od odzyskanej kwoty.
Gangster szacunek zdobył nie tylko wśród znajomych. Charakternością imponował nawet policjantom rozpracowującym jego grupę. Tak wypowiada się o nim jeden z nich:

„- Rasowy przestępca z niego był, w starym stylu, nie pękał. Człowiek przynajmniej wiedział, że ma przed sobą przeciwnika a nie męską dziwkę, która nie wiadomo jak się jutro zachowa. Prawda o tym całym środowisku przestępczym w Trójmieście jest taka, że w większości to są ludzie bez charakteru. I bez mózgu. Wśród młodych chłopaków z osiedla udają nie wiadomo kogo, ale potem sami potrafią przyjść na komendę i skamleć: „Bo ja bym chciał wam pomagać”

Kiedy w drugiej połowie lat ’90 przy zachodniej granicy Polski wybuchła wojna o wpływy z przemytu spirytusu „Nikoś” opowiedział się po stronie Lelka wałczącego z „Carringtonem”. Wojna gangów przyniosła wielu zabitych i rannych. Skotarczak wspierał Lelka wysyłając swoich ludzi pod granicę. Był wśród nich „Zachar”, który brał czynny udział w gangsterskich porachunkach.

Powodów dla których zabito „Nikosia” mogło być właśnie uwikłanie się w krwawe porachunki przemytników. Kiedy w 1998 roku zastrzelono Skotarczaka, wszyscy zgodnie twierdzili że rządy na wybrzeży przejmie nikt inny jak tylko „Zachar”. Jednak w kilka miesięcy po pochowaniu „Nikosia”, policja zatrzymała „Zachara” pod zarzutem zlecenia dwóch zabójstw i kierowanie gangiem.
Przypisano mu także udział w tzw. klubie płatnych zabójców – Grupie gdańskich bandytów podejrzewanych o kilka morderstw, podkładanie bomb i uprowadzenia. To właśnie oni mieli stać za zabójstwem Wiesława Kokłowskiego „Szwarcenegera”

Kiedy Zachar przebywał w areszcie, w trójmiejskim półświatku wiele się zmieniło. Dyskoteki i agencje towarzyskie zaczął kontrolować gang Olgierda L. Gdy Zacharzewski odzyskał wolność, ostrzegano go przed atakiem ze strony konkurencji.

15 lipca 2009 roku Zachar wraz z kompanami udał się na rozmowę z konkurencyjnym gangiem. Negocjacje miały dotyczyć przejęcia bramki w jednym z lokali. „Zachar” nie był przygotowany na walkę, jego kompani przyjechali bez broni.

Konkurencyjna grupa czyli gang Olgierda L. do restauracji Concordia w Gdańsku – oliwie przyjechał uzbrojony w pałki, maczety i noże. W pewnym momencie między mężczyznami wywiązała się kłótnia w wyniku której gangsterzy wyjęli broń.

Gdy w stronę ludzi Zachara rzucono ławkę, jego kompani uciekli. Został przy nim tylko jeden człowiek a on sam został zaatakowany przez napastników ostrymi narzędziami.
Otrzymał liczne ciosy nożem w brzuch, głowę i plecy. Wykrwawił się na chodniku.
Mimo udziału w zajściu kilkunastu osób, bezpośrednie pozbawienie życia przypisano Sylwestrowi S. dla reszty gangu sąd był łagodny, otrzymali symboliczne wyroki.

Rafał Ch. „Czarny”

Rafał Ch. „Czarny”

Rafał Ch., ps. Czarny urodził się w 1972 r. w Szczecinie. Po raz pierwszy został skazany już w wieku 18 lat – za usiłowanie zabójstwa i groźby karalne. Zaatakował ochroniarzy stojących na bramce w jednym ze szczecińskich klubów, do którego przyszedł wraz ze znajomymi na koncert zespołu rockowego. Bramkarze nie chcieli ich wpuścić, uznając, że należą do grupy nieformalnych skinów. W wyniku szarpaniny Rafał Ch. ugodził ochroniarza nożem, a pozostałym groził pozbawieniem życia.

Jednym z pokrzywdzonych okazał się Dariusz S., szczeciński kick bokser, powiązany później z grupą przestępczą Leszka K., ps. Kasza, konkurującą w latach 90. z gangiem Oczki. Podczas procesu Czarny konsekwentnie utrzymywał, że działał w samoobronie. Wyjaśnił, że ochroniarze zachowywali się agresywnie i zaatakowali nie tylko jego, ale także towarzyszącą mu wtedy dziewczynę, a późniejszą żonę, Dorotę. Sąd nie dał mu wiary i skazał go na karę 6 lat pozbawienia wolności. Czarnemu udało się jednak wyjść na warunkowe przedterminowe zwolnienie już po odsiedzeniu 2,5.

Po wyjściu z więzienia pod koniec listopada 1992 r. Rafał Ch. zaczął handlować narkotykami. Szybko przyłączył się również do grupy Marka M. ps. Oczko, uchodzącego później za rezydenta mafii pruszkowskiej w Szczecinie. Zapytany w jednym z wywiadów przez dziennikarkę śledczą Ewę Ornacką o początki jego współpracy z Oczką, Czarny powiedział: „Kiedy odbyłem pierwszy wyrok, wyszedłem na warunkowe zwolnienie. No, po prostu szukałem jakiegoś zarobku i trafiłem na gościa, który handlował narkotykami. Ale że uważałem go za idiotę, to się pozbyłem go tak delikatnie, bez przemocy, przejąłem jego towar i zacząłem handlować. Tak to się rozwinęło. Moja ekipa nie była ekipą siłaczy, kulturystów, to byli ludzie, którzy przynosili dochód. Wiadomo: w tym środowisku ludzie się łączą. Ja też chciałem się przyłączyć do jakiejś mocnej ekipy. Z czasem zaproponowano mi wejście do ekipy Marka. Zgodziłem się, bo dla faceta, który miał wtedy 22 lata, to tak, jakby złapać Pana Boga za nogi”.

Rafał Ch. bardzo szybko zrobił karierę jako organizator czarnego rynku narkotyków w Szczecinie. Mówi się, że zmonopolizował rynek głównie dzięki swojemu sprytowi i bezwzględności. Nikt w mieście nie mógł sprzedawać amfetaminy bez jego zgody.

Gangsterska kariera Czarnego nie trwała jednak długo. 11 kwietnia 1996 r., jako niespełna 24-latek, został aresztowany w nocy, w centrum Szczecina, gdy wysiadał ze swojego luksusowego BMW. Jego zatrzymanie było efektem pracy szczecińskich mundurowych, którzy rozpracowywali go już od wielu miesięcy. Kiedy jeden z policjantów przyłożył mu karabin do pleców, Czarny bez słowa padł na ziemię i pozwolił zakuć się w kajdanki. W chwili zatrzymania był sam i bez broni. W mieszkaniach, w których się ukrywał, policjanci znaleźli 5 pistoletów, 500 porcji amfetaminy, kilkaset porcji LSD i haszysz, a także amerykańską kamizelkę kuloodporną najnowszej generacji.

W kwietniu 1997 r., czyli rok po zatrzymaniu Rafała Ch., przed szczecińskim sądem rozpoczął się jego proces. Czarny został oskarżony między innymi o założenie i kierowanie grupą przestępczą mającą na celu dystrybucję narkotyków, wprowadzenie do obrotu znacznej ilości amfetaminy, marihuany, haszyszu, tabletek ekstazy oraz LSD. Prokurator zarzucił mu również zmuszanie innych osób do zbywania środków odurzających, a także eliminację konkurencji poprzez używanie przemocy oraz grożenie pozbawieniem życia i okaleczeniem. Co ciekawe, oskarżycielem publicznym w procesie Czarnego był Robert Śledziński, który kilka lat później, razem z prokurator Zapaśnik, doprowadził do skazania grupy Marka M. ps. Oczko.

O tym, jaki strach Rafał Ch. wzbudzał w innych, świadczy fakt, że niektórzy wezwani do sądu świadkowie woleli uciec za granicę, niż zeznawać przeciwko Czarnemu. Inni natomiast, mimo iż stawiali się przed sądem, odwoływali swoje zeznania, twierdząc, że do ich złożenia byli zmuszani przez policję.

Jedną z niewielu osób, które konsekwentnie podtrzymywały swoje zeznania, był Artur Ż., handlarz amfetaminą. Kiedy Rafał Ch. spotkał go w salonie gier, udawał, że chce kupić od niego narkotyki. Po otrzymaniu dwóch porcji, rozsypał je na podłodze, po czym zaczął szarpać pokrzywdzonego za odzież i dusić. Groził mu również przestrzeleniem kolan w wypadku, gdyby Ż. nie zaprzestał handlu amfetaminą. Przed sądem pokrzywdzony zeznał: „Złapał mnie za gardło i podniósł do góry. Dusiłem się. Wysapałem, czy chce mnie udusić, a on odpowiedział, że chętnie by to zrobił. Później wpychał mi palce w oczy. Pytałem, czy chce mi je wydłubać, a on odparł, że jedno chętnie by wydłubał. Kopał mnie w krocze, aż straciłem świadomość”.

Kolejnym świadkiem zeznającym przeciwko Czarnemu był Artur R., ps. Tuła, członek grupy Oczki, a także późniejszy oskarżony i mały świadek koronny w procesie szczecińskiego bossa. Tuła utrzymywał, iż był jedynie ochroniarzem Rafała Ch., a o handlu narkotykami nic nie wiedział. Sąd uznał jednak jego zeznania za niewiarygodne i zdecydował się ich nie uwzględnić.

Współoskarżonym w procesie Czarnego był między innymi Paweł Cz., ps. Piguła, obecnie gitarzysta w jednym ze szczecińskich zespołów punk rockowych. Rafał Ch. miał do niego żal, że obciążył go na sprawie, mimo iż wysyłał mu pieniądze i pomagał jego rodzinie, kiedy ten siedział w areszcie.

Jeszcze większe pretensje Czarny miał jednak do Marka M. ps. Oczko, dla którego do niedawna był w stanie zrobić niemal wszystko. Nie rozumiał, jak jego boss mógł pozwolić, by inni świadkowie bezkarnie przeciw niemu zeznawali, gdy ten lojalnie milczał. Mimo iż przez ponad rok nie wydał nikogo z grupy, nie otrzymał żadnej pomocy – nie wynajęto mu adwokata, nie otoczono opieką jego rodziny, ani nie wysłano do aresztu żadnej paczki. Czarny poczuł się opuszczony przez Oczkę i jego zastępców, w tym Sylwestra O. ps. Sylwek. Jak twierdzi, został również przez nich oszukany i okradziony. Po latach Czarny wspomina: „Kiedy siedziałem w areszcie, wspomniany wcześniej Sylwek i jego ekipa odwiedzili gościa, który miał skitrane moje 150 tysięcy złotych. W grupie panowało przekonanie, że nigdy się nie rozpruję, więc można ze mną zrobić wszystko. Na przykład zabrać mój hajs. Facet, który go miał, powiedział Sylwkowi: „To jest własność Czarnego, nie moja. Nie mogę ci tego oddać”. A Sylwek na to: „Jak Czarny wyjdzie z puchy, to mu oddasz. A teraz, dawaj wszystko, co masz”.

Kiedy Rafał Ch. dowiedział się, że został okradziony, zażądał od Oczki 500 tysięcy marek za milczenie. Ku jego zaskoczeniu, były szef., uchodzący w półświatku za charakternego gangstera, zdecydował się pójść na skargę na Komendę Wojewódzką Policji. Czarny przyznał, że w tym momencie stracił do Marka M. resztki szacunku i postanowił pogrążyć szczecińskiego bossa oraz jego ludzi. Powiedział: „Poczułem, że chcę tylko jednego: żeby bossowie, którzy okazali się zwykłymi, wystraszonymi, drobnymi kryminalistami, przeszli dokładnie to samo, przez co ja przeszedłem. Żeby cierpieli, jak ja cierpiałem. Poszedłem na zniszczenie. Nie obchodziło mnie, co o mnie będą myśleć. Interesowała mnie tylko zemsta. Kiedy zabierano mnie z mojej celi, a ja miałem przeczucie, że trafią do niej liderzy szczecińskiego półświatka, napisałem na ścianie „No i jak, frajerzy?”.

W maju 1997 r. Czarny napisał list do prokuratury, w którym wyraził chęć złożenia obciążających grupę Marka M. zeznań. Po ponad roku milczenia – na rozprawach w czerwcu i lipcu tego samego roku – zdecydował się również na złożenie przed sądem wyjaśnień w swojej sprawie. W mowie końcowej oświadczył: „Jestem przestępcą, ale wyrażam skruchę i staram się to udowodnić”. Dodał: „Tak, handlowałem narkotykami na skalę znacznie większą, niż zarzucił mi prokurator. Tak, byłem w gangu, ale nie ja ten gang stworzyłem i nie ja nim kierowałem”.

11 lipca 1997 r. Rafał Ch. został skazany na karę łączną 7 lat pozbawienia wolności za kierowanie grupą przestępczą oraz handel narkotykami. W uzasadnieniu wyroku sąd stwierdził, iż Czarny „dysponuje ponadprzeciętną inteligencją, jest zdecydowany, umie i nie waha się stosować gróźb, przemocy i gwałtu”. Doceniono jednak, iż w końcowym etapie postępowania wykazał wolę współpracy z organami ścigania, a jego postawa przyczyniła się do ujawnienia innych przestępstw oraz utorowała drogę do postawienia w stan oskarżenia osób z głębokiego podziemia przestępczego.

Aby poniżyć Rafała Ch., kiedy ten siedział w więzieniu, dawni kompani nadali mu pseudonim „Czarna Mamba”. W podkulturze więziennej używanie wobec osadzonego nazwy rodzaju żeńskiego uznawane jest za najwyższą zniewagę. O silnej psychice Czarnego świadczy fakt, iż przyjął on ten pseudonim i zaczął się nim posługiwać. Na jednej z rozpraw grupy Oczki w grudniu 2000 r. został odczytany przechwycony wcześniej list, w którym Czarny napisał do swoich byłych kompanów: „Niedługo wchłonie was czarna dziura, a czarna mamba i czarna wdowa są niczym przy czarnej kanalii, którą jestem”. Do dziś na forum internetowym jednej z gazet Rafał Ch. podpisuje się jako „czarna mamba”, komentując –  często ironicznie – doniesienia ze szczecińskiego półświatka.

Czarnego próbowano również zastraszyć. Któregoś razu zebrano ekipę i pojechano pod areszt, w którym przebywał. Wykrzykiwano w jego stronę obelgi i ogłoszono kapusiem, licząc na to, że współosadzeni uprzykrzą mu życie. Pod samochodem jego żony podłożono również prawie półkilogramową bombę, która tylko cudem nie wybuchła.

Czarny zeznawał jako świadek między innymi w sprawie Oczki i jego ludzi w procesie trwającym przed szczecińskim sądem od maja 1999 r. do grudnia 2000 r., a także w katowickim Sądzie Okręgowym w sprawie dotyczącej zlecenia przez Marka M. oraz Sylwestra O., ps. Sylwek zabójstwa rezydenta białoruskiej mafii w Szczecinie – Wiktora Fiszmana. W 2016 r. przed szczecińskim sądem Rafał Ch. obciążył również Oczkę oraz Marka D., ps. Duduś, zarzucając im pomocnictwo do zabójstwa jednego z ochroniarzy w poznańskiej agencji towarzyskiej El Chico, w 1995 r. Podczas spotkania w swoim mieszkaniu na szczecińskim Żelechowie, na którym podobno obecny był również Czarny, Duduś miał powiedzieć, że „opornych należy zlikwidować, bo na trupach lepiej się negocjuje”. Według sądu stanowiło to dowód tego, iż godził się na siłowe przejęcie poznańskiej agencji towarzyskiej. Czarny na rozprawie złośliwie dodał jednak, iż zarówno Oczko, jak i Duduś są na tyle nieudolni, że sami nie potrafiliby ukraść nawet Snickersa w Żabce, nie mówiąc już o pozbawieniu kogoś życia.

Od przeszło 20 lat Rafał Ch. konsekwentnie utrzymuje, iż zeznania składa głównie z chęci zemsty. Nigdy również nie ukrywał, że próbował wymusić na Oczce zapłatę 500 tysięcy marek za milczenie. Twierdzi, że w ten sposób wypowiedział wojnę ludziom, którzy go olali i okradli. Zarówno sami oskarżeni, jak i ich obrońcy wielokrotnie zarzucali Czarnemu, że jest nieobiektywny, a jego zeznania to zwykłe pomówienia. Na jednej z rozpraw Jacek P. ps. Ślepak wstał i oświadczył: „Wysoki Sądzie, ośmielam się nazwać świadka kanalią”. Sądy uznawały jednak, że Rafał Ch. jest wiarygodny, a osoby, które obciążał, skazywano na kary wieloletniego więzienia.

W styczniu 2015 r. o Czarnym znów zrobiło się głośno. Jedna z gazet doniosła, że został aresztowany w Norwegii w związku z handlem nielegalnym spirytusem sprowadzanym ze Szwecji. Nawet jeżeli była to prawda, już w tym samym roku można go było spotkać chodzącego swobodnie po szczecińskich ulicach.

Obecnie Czarny mieszka w Szczecinie, od wielu lat w tym samym miejscu. W Norwegii prowadzi legalną firmę zajmującą się przeprowadzkami. Jakiś czas temu zmienił imię i nazwisko.