Tatuaż z gangsterskim motywem

Tatuaż z gangsterskim motywem

Tatuaż z gangsterskim motywem to temat nieco kontrowersyjny, mimo że nie mówimy tu bynajmniej o dziarach więziennych czy oznaczeniach ciała w stylu gangów latynoamerykańskich.

 

Pojawiają się opinie, że noszenie na ciele wizerunku gangstera, a co za tym idzie przestępcy (nierzadko mordercy) jest już lekkim przegięciem.  Druga strona barykady uważa jednak, że  należy zachować dystans i nie ma nic złego w wytatuowaniu bohatera z ulubionego filmu.
Takie postaci jak Vito Corleone, Tony Soprano czy Tony Montana  dawno już weszły na stałe do popkultury.

  

 

Nieco inaczej sprawa ma się w wypadku tatuowania słynnych postaci z gangsterskiego półświatka, które swoja historię zapisały nie na kartach filmowego scenariusza a w prawdziwym życiu.
Jednym bowiem postać Pablo Escobara kojarzyć będzie się z bogactwem i władzą, innym zaś ze zbrodniami i narkobiznesem.
To samo dotyczy takich osób jak „Lucky” Luciano czy Al Capone.

   

 

Sądzę, że tutaj należy zastanowić się dwa razy, gdyż nie zasłonimy się już argumentem o „bohaterach filmowych”.
Wymienieni gangsterzy owszem doszli do potężnych pieniędzy i nieopisanej władzy, jednak wszystko to zostało okupione cierpieniem innych ludzi, często zupełnie niewinnych.

Najbardziej kontrowersyjnym zjawiskiem odnośnie tatuaży, w omawianym klimacie, jest moim zdaniem noszenie na skórze wizerunku rodzimych gangsterów. Jakiś czas temu pojawiły się w sieci zdjęcia osób z wytatuowanym „Pershingiem” czy „Nikosiem” – słynnymi polskimi gangsterami z lat ’80 i ’90. Obrazki te wywołały lawinę komentarzy.

Część osób uznała takie działanie za okazanie szacunku danej postaci, lecz pozostali stwierdzili, że jest to gruba przesada.

  

Swoją tezę podpierali argumentami, że jeśli nie jest się osobą z bliskiego otoczenia, wyżej wymienionych panów to takiego tatuażu robić po prostu nie wypada.Poza tym istnieje zagrożenie, że w niektórych kręgach za taką dziarę można nawet „dostać w zęby…”

 

Zbigniew M. „Carrington”

Zbigniew M. „Carrington”

Kiedy w latach ’70 otwarto granice z NRD, polskie przygraniczne miejscowości zaczęły przeżywać gospodarczy boom. Wiele osób zaczęło utrzymywać się ze sprzedaży  zachodnich towarów. Dekadę później nastąpił kolejny, tym razem znacznie większy rozkwit handlu, a miasta takie jak Zgorzelec zaczęły  zapełniać się sklepami i targowiskami, w których kupowali przyjezdni zza zachodniej granicy. Niemcy chętnie przyjeżdżali do Polski gdyż większość towarów mogli kupić po znacznie niższej cenie.

 

Oprócz handlu, przy granicy zaczynał kwitnąć przemyt. Początkowo drobny, plecakowy, w połowie lat ’90 stał się już poważnym przedsięwzięciem do którego nie używano już bagaży i pontonów a samochodów ciężarowych. Zaczęły się również tworzyć liczne gangi zajmujące się kradzieżami zachodnich aut na terenie Niemiec lub w polskich turystycznych miejscowościach. Były to przede wszystkim Karpacz czy Szklarska Poręba, zdarzało się jednak  że Niemiec który przyjeżdżał tylko do Zgorzelca na zakupy, po wyjściu ze sklepu nie miał już czym wrócić do kraju.

Od przemytu pontonem zaczynał również urodzony w 1966 roku Zbigniew M.Nazwany później „Carringtonem” mieszkaniec niewielkiego Zawidowa, w krótkim czasie stał się największym przemytnikiem w południowo-zachodniej Polsce.

Zbigniew M. ukończył zasadniczą szkołę zawodową a jego pasją było kolarstwo górskie i kulturystyka. Wolny czas spędzał grając w koszykówkę na sali gimnastycznej pobliskiej szkoły podstawowej.„Król spirytusu” jak pisała o nim prasa w połowie lat ‘90 zarejestrował w Zgorzelcu firmy transportowe zajmujące się początkowo przewozem mebli. Jednak w tirach należących do „Carringtona” przez granicę przewożono głównie potężne ilości włoskiego i francuskiego spirytusu, który w Polsce zmieniał się w wysokogatunkowe alkohole.

Do powstania przemytniczego eldorado w południowo-zachodniej Polsce przyczyniła się w znacznej mierze budowa niepozornego, mostu technicznego w Sękowicach koło Gubina. Tymczasowy, prowizoryczny most powstał w celu transportowania maszyn i  materiałów budowlanych dla firmy która zajmowała się budową granicznego terminala. Most na Nysie Łużyckiej szybko jednak odkryli gangsterzy.

Przekupili strażników pilnujących przejścia i nocą po rozjeżdżonych błotnistych drogach, zaczęły kursować TIRY Karingtona i jego gangu. W kraju towar rozładowywano w lasach, przeładowywano na inne ciężarówki i  ruszano ze spirytusem  w Polskę. Prokuraturze udało się udowodnić 20 takich transportów. Inną metodą przemytu dużych ilości alkoholu było opisywanie w dokumentach spirytusu jako min. Odmrażacz do szyb. Sprawiało to, że przy minimalnych kosztach alkohol przejeżdżał przez granicę bez większego ryzyka.

To właśnie wspomniany, prowizoryczny most miał stać się zarzewiem konfliktu, który prasa okrzyknęła wojną zgorzelecką i która pochłonęła kilkanaście ofiar. Jacek B. ps. „Lelek” współpracownik „Carringtona”, przy którym nauczył się przemytniczego fachu, nie zgadzał się ze sposobem prowadzonych transportów. Uważał, że należy je robić po cichu i pojedynczo, Zbigniew M. chciał jednak puszczać ciężarówki jak najczęściej nie zważając na ryzyko.

Pewnego razu jeden z ludzi Lelka o pseudonimie Płomyk postanowił zorganizować transport na własną rękę. Dodatkowo podczas przejazdu nieuważny kierowca uszkodził konstrukcje mostu a miejscu zaczęła przyglądać się policja, utrudniając tym samym pracę przemytnikom. Wtedy drogi gangsterów się rozeszły. Lelek stworzył własną grupę uniezależniając się od „Carringtona”. Do jego  grupy zaczęli przechodzić również bliscy współpracownicy Króla spirytusu min. Jarosław J. oraz bracia Dariusz i Tomasz P. „Carington” postanowił reagować.

W marcu 1998 roku  Jacek P. Lelek oraz jego kierowca Jerzy K. wracali z dyskoteki Młyn w Gryfowie Śląskim. Kiedy przemieszczali się w stronę Lwówka śląskiego, zorganizowano na nich zasadzkę. Na jezdnię, którą jechali w swoim BMW zrzucono drewniany przydrożny słup i otworzono ogień w kierunku pojazdu. Jacka P. uratowała sprawność i umiejętności kierującego, który na bardzo małej przestrzeni zawrócił pojazd i mężczyznom udało się uciec.

26 maja tego samego roku około północy przy ulicy Zamiejsko – Lubańskiej w Zgorzelcu strzały rozległy się po raz drugi. Do 8 Białorusinów wynajmujących w tej okolicy mieszkanie otworzono ogień z dwóch samochodów.

Dwie osoby zginęły na miejscu, dwie kolejne zostały ranne. Sprawa nie została  do końca wyjaśniona, jednak uważa się iż przybysze ze wschodu zostali ściągnięci do Zgorzelca w celu zlikwidowania „Lelka” i jego ludzi. Jako że nie ukrywali się zbytnio, o ich obecności szybko doniesiono „Lelkowi”, który postanowił ubiec płatnych zabójców. Chwilę przed napadem ostrzec Białorusinów przyjechał Piotr M. ps. „Pedro” syn „Grubego Janka” – jednego z bossów na tym terenie i bliskiego współpracownika „Carringtona”. Nie zdążył jednak wykonać swego zadania i sam został ranny. Zeznał później, że wśród strzelających rozpoznał Jarosława J. i braci P. – Ludzi „Lelka”.   Sąd jednak uniewinnił Tomasza P. zaś drugi z braci zginął dwa tygodnie później. Jarosław J. w 2002 roku za udział w tych wydarzeniach został skazany na 25 lat więzienia. Wyrok został jednak później zmniejszony do 15. Zaatakowani w Zgorzelcu Białorusini twierdzili zgodnie, że z porachunkami nie mają nic wspólnego a do Polski przyjechali w celu zakupienia samochodu.

Na kolejne krwawe porachunki nie trzeba było długo czekać. Doszło do nich dwa tygodnie później w opuszczonym domu w miejscowości Modrzewie koło Wlenia. To w tym miejscu przetrzymywano porwanego wcześniej człowieka „Caringtona” niejakiego „Grzywę.”Niewiadomo  jak długo człowiek ten był więziony przez gangsterów, wiadomo natomiast że został odbity przez swoich kompanów. Podczas akcji wszyscy czterej porywacze zostali zastrzeleni – trzech z nich znaleziono skrępowanych z ranami postrzałowymi, ciało czwartego odnaleziono  w pobliskiej studni. W Modrzewiach zginął min. Dariusz P. bliski kompan „Lelka” oraz Arkadiusz P. „Płomyk”- człowiek który przyczynił się do wybuchu wojny zgorzeleckiej. Według prokuratury na miejscu zbrodni osobiście był sam „Carrington”.

Miesiąc później pod hotel Baron w Jeleniej Górze podjechał mężczyzna, który nie wysiadając z auta oddał strzały do stojących tam trzech mężczyzn. Osobami które zostały zaatakowane byli ponownie ludzie Lelka. Jackowi B. nie pomógł fakt że po jego stronie opowiedział się boss z wybrzeża – „Nikoś”. Zaatakowane pod hotelem osoby to  niejaki Ryży oraz dwóch jego ochroniarzy. Napastnik strzelający z pistoletu z tłumikiem ranił wszystkich trzech mężczyzn.

31 sierpnia tego samego roku ofiarą miał zostać sam „Carringtorn”. Ok. godziny 15. Przed wejściem do jego bloku przy ul. Budowlanych 12 w Zawidowie, eksplodowała bomba. Wychodzący z mieszkania Zbigniew M.cudem uniknął śmierci. W wyniku wybuchu gangster doznał poparzenia twarzy, ręki oraz uszkodzenia oka. Po krótkiej hospitalizacji i złożeniu zeznań puszczono go do domu.Eksplozja zdalnie odpalanego ładunku była na tyle silna, że uszkodziła schody w budynku a z okien wyleciały szyby. Zbigniew M. sąsiadom którzy doznali szkód w wyniku zdarzenia zafundował nowe okna.

Apogeum gangsterskich porachunków nastąpiło tydzień później.

 

W nocy z 6 na 7 września na bocznej drodze prowadzącej z Leśnej do Bożkowic zastrzelono 5 młodych mężczyzn. Młodzi ludzie poruszający się Fordem Sierra należeli do lokalnego gangu złodziei samochodów. Nie mieli jednak nic wspólnego ani z jedna ani z druga stroną zgorzeleckiego konfliktu.  Feralnej nocy mężczyźni uprzednio bawili się Zajeździe Leśnym w Lwówku Śląskim. Warto zaznaczyć ,że lokal ten prowadzony był przez Włochów, podejrzewanych w swoim kraju o napady rabunkowe i przynależność do mafii. Prawdopodobnie utrzymywali oni też kontakty z „Carringtonem”.

Po wyjeździe z dyskoteki młodzi złodzieje aut zauważyli samochód swojego dłużnika Marka J.W samochodzie oprócz właściciela auta znajdowali się również  Valerian K. człowiek który kilka dni wcześniej podłożył bombę „Carringtonowi” oraz Marek W. który prawdopodobnie tę bombę skonstruował.

Młodzi mężczyźni postanowili złapać Marka J. i odebrać dług w wysokości kilkuset złotych. Valerian K. – obywatel Rosji i weteran Afganistanu był przekonany że właśnie ścigają ich ludzie „Carringtona”, którzy chcą się zemścić za ostatni zamach.

Kierujący Escortem Marek W. przyśpieszył  i zjechał na pobocze. Marek J. uciekł do lasu, natomiast Valerian K. wyjął karabinek maszynowy i przygotował się na przyjazd Forda Sierry.Kiedy auto pojawiło się w zasięgu strzału, oddał serię w kierunku kierowcy zabijając go na miejscu. Pozostałą czwórkę wyciągnął z auta i kolejno uśmiercał strzałem w tył głowy.

Po egzekucji napastnicy oddalili się z miejsca zdarzenia. Valerian K. podczas akcji odbezpieczył również granat ręczny, którego jednak nie użył. Trzymał  go w drodze powrotnej tak długo aż udało mu się zabezpieczyć go gwoździem. Ten również granat przyczynił się do zatrzymania Rosjanina podczas rutynowej kontroli. Znaleziona na miejscu zbrodni zawleczka pomogła organom ścigania połączyć osobę Valeriana K. z egzekucją w Leśnej. Przestępcę skazano go na dożywocie. Drugi z obecnych na miejscu zbrodni, Marek W., zginął 30 października 1998, kiedy to w jego własnym mieszkaniu eksplodowała bomba, którą konstruował.

Po wydarzeniach w Leśnej, policja uznała że czas zakończyć krwawą wojnę i pod koniec września 1998 roku wraz ze strażą graniczą przeprowadziła wielką obławę na gangi grasujące przy zachodniej granicy. Zatrzymano wówczas ponad 100 osób w tym samego „Carringtona”. Zarekwirowano kilkadziesiąt sztuk broni palnej oraz kilkadziesiąt kg materiałów wybuchowych.Oprócz Zbigniewa M. na ławie oskarżonych zasiadło 26 osób w tym Jan M. ps. „Gruby Janek” i pięciu strażników granicznych.Grupie „Carringtona” postawiono zarzut przemytu do Polski 2 mln litrów spirytusu, co przez nie zapłacone podatki i akcyzę doprowadziło skarb państwa do utraty 154 mln zł.

Król spirytusu milczał długi czas. W końcu jednak kolejni współpracownicy zaczęli systematycznie sypać i przyznawać się do winy. Podobnie postąpił sam „Carrington”, który złożył obszerne zeznania i przyznał się do winy.Dzięki temu, w kwietniu 2000 roku, po wpłaceniu 200 tys zł kaucji zgodzono się na wypuszczenie go z aresztu w którym spędził 19 miesięcy.Ogłoszenia wyroku jednak się nie doczekał. Dwa lata po wyjściu na wolność podczas jazdy na rowerze górskim uległ poważnemu wypadkowi, w wyniku którego  doznał urazu czaszkowo-mózgowego. Stan zdrowia oskarżonego sprawił że został on wyłączony ze sprawy a w późniejszym czasie również ubezwłasnowolniony. Obecnie mieszka wraz z matka w miejscowości pod Zgorzelcem.

Ludzie z grupy „Carringtona”  otrzymali symboliczne kary –  od 6 miesięcy do 2 lat pozbawienia wolności oraz niewielkie grzywny.Jan. M ps. „Gruby Janek” oskarżony i skazany w innym procesie za kierowanie grupą przestępczą i handel narkotykami wyszedł na wolność w 2007 roku. Wyjechał na stałe do Holandii.

Na początku 2002 roku we Wrocławiu zatrzymano Jacka B. „Lelka”. Postawiono mu zarzuty kierowania grupa przestępczą, organizację napadów i zlecenia zabójstwa. Gangster opuścił więzienie w Wołowie w październiku 2016 roku, po odsiedzeniu prawie całego 15-letniego wyroku.

Należy dodać, że również młodszy brat „Carringtona” – Ryszard, noszący pseudonimy „Azja” lub „Mały Carrington” posiadał własną grupę przestępczą.Gang, którym kierował wraz ze swoim tureckim współpracownikiem grasował na terenie Gorlic i Zgorzelca. Przestępcy dokonywali wymuszeń poprzez podkładanie bomb pod samochody i budynki.Azja wpadł w ręce policji w 2000 roku po ponad dwóch latach poszukiwań. Został skazany na 10 lat pozbawienia wolności. Po odsiedzeniu wyroku wrócił w okolice Zgorzelca. Co ciekawe, jego współpracownik który sądzony był w Niemczech, otrzymał wyrok aż 25 lat wiezienia.

 

„Renifer” z Torunia

„Renifer” z Torunia

fot.Toruń, lata 80-te/ Retro Pewex

Adam R. ps. „Renifer” w przestępczym środowisku Torunia miał opinię bezwzględnego i nieprzewidywalnego. Jego kartoteka policyjna zaczęła wypełniać się już w latach ‘70. Kradzieże i włamania jakich dokonywał, sprawiły, że szybko trafił do poprawczaka. W 1983 roku został skazany za gwałt zbiorowy.

 

W Toruniu Uchodził za szefa gangu, trudniącego się ściąganiem haraczy od lokalnych przedsiębiorców i agencji towarzyskich. Mówi się, że przez kilka lat kontrolował toruński rynek narkotyków.
Przed sądem nigdy nie ukrywał, że przez wiele lat był związany ze środowiskiem przestępczym. Twierdził nawet, że w nim wyrósł. Ale „nigdy nie podkładał nikomu bomb i nie nastawał na czyjeś życie”. Twierdził, że to metody działania młodych, którzy chcą przejąć po nim rynek.

Adam R./mat.policyjne

„Renifer” na gangsterski szczyt wspiął się u boku toruńskiego oszusta Edwarda Ś., ps. „Tato”, postaci znanej z tzw. afery węglowej. Po rozbiciu grupy „Taty”, Adam R. wyrósł na przywódcę lokalnej grupy przestępczej zajmującej się wyłudzeniami towarów, wymuszeniami haraczy i narkobiznesem. Trzymał wszystkich twardą ręką i miał posłuch wśród ludzi.

W połowie lat 90-tych, popadł w konflikt z Andrzejem B. ps. „Banan” z Chełmży, który próbował przejąć interesy „Renifera”  podczas jego odsiadki. Kiedy Adam R. wyszedł na wolność „Banan” dokonał ataku na jednego z jego kompanów , podkładając mu bombę.

Kilka dni później, w odwecie, „Renifer” skrzyknął grupę kilkudziesięciu mężczyzn, z którą pojechał do Chełmży szukać sprawcy zdarzenia. Jak przyznał później prokurator, „ilość osób  jaką potrafił zorganizować toruński gangster świadczyła o jego posłuchu i pozycji w lokalnym półświatku”.

Kolejną ofiarą grupy Banana miał być sam Adam R. W połowie listopada 98 roku w barze „U Kota” przy ulicy Mickiewicza w Toruniu siedział „Renifer” i kilku jego żołnierzy.Banan wysłał tam jednego ze swoich ludzi w celu podłożenia kolejnej bomby. Ta jednak wybuchła za wcześnie a sam napastnik zginął na miejscu.

Niedługo potem „Renifer” i „Banan” spotkali się w cztery oczy, w korytarzu Toruńskiego sądu, gdzie trwała rozprawa dotycząca Edwarda Ś. „Taty”. W procesie jednym z oskarżonych był  Andrzej B. a przed salą sądową czekał na niego „Renifer” ze swoimi ludźmi. Doszło wówczas do głośnej na cały kraj ,strzelaniny w budynku sądu. Za udział w tym zdarzeniu, 10 mężczyzn skazano później na kary od pół roku do trzech lat więzienia.

Kolejnym poważnym przeciwnikiem Renifera w stał sie  Dawid B. ps. „Dawidek” człowiek, który na lokalnym rynku zajmował się przemytem spirytusu i papierosów. Do jego grupy zaczęli przechodzić również ludzie „Renifera” co nie mogło pozostać bez odpowiedzi. Dawidkowi dwukrotnie podkładano bombę, próbowano go też zastrzelić, jednak napastnikowi zacięła się broń.Kiedy w 2000 roku pod toruńskim „Filmarem” od strzałów z kałasznikowa  ginie mężczyzna, mówiło się że ofiarą miał być Grzegorz Ch. współpracownik „Renifera”, który przeszedł do grupy Dawida B.

Atak miał być karą za nielojalność.W rzeczywistości zginął Paweł S. handlarz narkotyków i kolejny z konkurentów „Renifera”.
Paweł S. już wcześniej miał do czynienia z ludźmi Adama R. Kilka miesięcy przed zamachem został przez nich brutalnie pobity w okolicach zamku krzyżackiego i wszystko wskazywało na to że to „Renifer” zlecił jego zabójstwo.W tym czasie przeciwko Adamowi R. prowadzono już śledztwo dotyczące ściągania haraczy od toruńskich restauratorów. Jesienią 2000 roku dla toruńskiego gangstera i jego grupy nastały ciężkie czasy. Zatrzymano ponad 20 ludzi uważanych za żołnierzy „Renifera”. Prawie wszyscy trafili na długo do aresztu. Adam R. zdążył zniknąć. Mówiło się wówczas, że ktoś go ostrzegł.

Wpadł w październiku 2002 roku  na bydgoskim Fordonie. Zatrzymali go policjanci bydgoskiej specgrupy wspierani przez toruńskich funkcjonariuszy operacyjnych, którzy na ulicy wyciągnęli go z taksówki. Był kompletnie zaskoczony,  na ucieczkę nie miał najmniejszych szans. Akcja była skrupulatnie przygotowana, a gangster – obserwowany od kilku dni. „Renifer” podczas zatrzymania posiadał przy sobie broń i fałszywe dokumenty. Z Torunia ściągnięto na tę akcję funkcjonariuszy, którzy znali „Renifera”, bowiem bandyta był po dwóch latach podobno tak zmieniony, że nie rozpoznawali go nawet najbliżsi. Z postawionych mu 9 zarzutów udowodnić zdołano 6. Najcięższe z nich dotyczyły co najmniej półtorarocznego kierowania grupą przestępczą, pobiciem na zamku krzyżackim dwóch konkurentów, a także ściągania haraczu z agencji towarzyskiej i gróźb. Upadły zarzuty wymuszenia rozbójniczego w kafejce internetowej i od szefa ośrodka w Kamionkach.Wyrokiem sądu został wówczas skazany na wieloletnie więzienie.

Dziś Adam R. ma 60 lat. Po raz ostatni o  zrobiło się o nim głośno we wrześniu 2014 roku, kiedy to został zatrzymany do sprawy gangu ożarowskiego. Podejrzewany jest o kupno broni palnej i materiałów wybuchowych.